08 grudnia

spacer

spacer

Zawsze gdy idę dokądś i towarzyszy temu padający śnieg czuję bardziej (niż w innych okolicznościach) pełną miłości obecność Pana Boga. Mam wtedy silne wrażenie, że spaceruję razem z Nim. Trzyma mnie za rękę i tak sobie kroczymy naprzód. Wszystko wówczas wydaje mi się sensowne. Wszystko, czyli właściwie co? Wszystek świat z całą swoją biedą i moje życie z każdym zranieniem. To, dokąd idę, choć nie mam na to ochoty. To co się wydarzyło, choć nie było po mojej myśli. To co usłyszałam, choć zabolało. Wszystkie relacje, które się skończyły. To z czym walczę, choć ciągle upadam. Wszystkie pytania bez odpowiedzi. Tak idziemy i rozmawiamy. Mówię Mu o tym co jest we mnie. Mówię o mojej nieudolnej miłości do Niego. I wtedy jeszcze bardziej odczuwam Jego ciepło, Jego dobroć, Jego miłość, którą mnie otula. 

Idź na spacer. Dostrzeż, że On jest z Tobą. Pozwól Mu chwycić Cię za rękę. Opowiedz Mu o tym, co u Ciebie. Powiedz co Cię boli. Podziel się radością. Zapytaj. Przeproś. Podziękuj. Poproś. Tak - szczególnie poproś. Sam Jezus Chrystus mówi bardzo często "PROŚCIE". 

Adwent jest dzisiaj. On przychodzi dzisiaj. 
Niech moje i Twoje serce będzie otwarte na Jego p r z y j ś c i e. 

pax!

30 listopada

Czuwajcie!

Czuwajcie!

"Oto sprawiedliwy przychodzi, do nas, grzeszników, aby z grzeszników uczynić sprawiedliwych. Święty przychodzi do bezbożnych, aby uczynić nas świętymi. Pokorny przychodzi do pysznych, aby z pysznych uczynić pokornych. Ten, Który z istoty swojej jest dobry przychodzi do ludzi przepełnionych złem."

Zaczyna się kolejny adwent w moim życiu i w Twoim też. Czy ten czas jest dla mnie ważny? Czy jest inny od pozostałych dni w roku? Przyznaję nieco zmieszana, że od kilku lat niewiele się różni. Chociaż chęci są dobre, są wartościowe postanowienia na początku i nawet mówię pewna siebie, że są takie małe i proste; banalne, to okazuje się po kilku dniach adwentowego oczekiwania, że i one bywają niezrealizowane. Zastanawiałam się wczorajszego wieczoru co jest powodem tych wielu niezrealizowanych postanowień w moim życiu, jeśli nie stopień ich trudności. 
Bóg przyjdzie. Wydarzenie to jest wspaniałe, pełne cudowności. Ale kto w dzisiejszym świecie stąpania twardo po ziemi wierzy w cuda? A jeśli nie ma tej wiary, to nie ma co się dziwić, że wiele osób (w tym ja) nie czyni przygotowań i czas adwentu nie różni się nazbyt od innych dni w roku. Gdyby jednak zaryzykować i przeżyć ten czas tak na serio. Wszystkie postanowienia wypełnić stuprocentowo. Przyłożyć się do nich tak jak do wypełniania zadań, które są nam powierzone na co dzień (nie wiem jak Wy, ale ja podchodzę do nich bardzo poważnie, nie byle jak). To co wtedy? Czy coś stracisz? Adwent to czas nadziei. Nadziei na przyjście Boga - osobowego, konkretnego do życia, do serca każdego człowieka osobiście. Sama nadzieja jednak nie wystarczy. Można zająć się wyłącznie nadzieją na coś, na kogoś i przegapić w y d a r z e n i e. Dlatego na ten czas istotną cechą, a właściwie cnotą jest czujność. Pan Jezus w dzisiejszej Ewangelii mówi z troską: Czuwajcie! To czuwanie w moim przekonaniu to właśnie skupienie się na Osobie Jezusa Chrystusa, w solidnym wypełnianiu postanowień, w pogłębionej modlitwie, lekturze i rozważaniu Pisma Świętego; w zintensyfikowanym życiu duchowym. Nikt za nas tego czasu nie przeżyje. To od nas zależy czy podejmiemy się poważnego traktowania adwentu, ale i całego swojego życia wiarą. To wszystko niech się odbywa w klimacie wyciszenia, odejścia od zagłuszających rozmów czy spotkań, porzucenia niepotrzebnych obrazów (reklam, wystaw), niech będzie to czas nasłuchiwania Słowa Pana i zapatrzenia w Niebo - wypatrywania gwiazdy, która zwiastować będzie narodziny Zbawiciela.
Na dzień dzisiejszy mam kilka postanowień, ufam że pomogą mi one czuwać wytrwale.

Czuwajcie i Wy wytrwale! 
pax! ;]

PS. Zdaję sobie sprawę, że ta notatka nie jest wysokich lotów, ale pokornie muszę przyjąć swoją (daj Boże) czasową niedyspozycję. I Was proszę o wyrozumiałość.

08 listopada

Uwielbiam z Franciszkiem

Uwielbiam z Franciszkiem

Jesteście niesamowici, że odpowiedzieliście na moją prośbę! Uwielbiałam dziś Jezusa w Najświętszym Sakramencie na adoracji w czasie skupienia u sióstr, właśnie między innymi za to, co pisaliście. Bardzo Wam dziękuję!

Jak już wspomniałam - uczestniczyłam dziś w dniu skupienia u sióstr, żyjących regułą św. Franciszka z Asyżu. Uczestniczyłam już w wielu rekolekcjach i dniach skupienia i tematy czasem się dublują, ale Pan zawsze Jest, a spotkanie z Nim nigdy nie jest takie samo. Może być podobne, ale nie takie samo. Ponieważ ja idę do przodu, a czasem się cofam, ale już nigdy nie jest tak jak było dzień wcześniej, miesiąc, rok wstecz... Dziś było o moim ulubionym świętym, tym za którym po prostu szaleję, czyli o św. Franciszku z Asyżu. Nie wiem, który to już raz ;) Ale właśnie: nowości, nowości, nowości! Świeżość :) Konferencja była przygotowana z akcentem na radość Franciszka i na jego uwielbianie Chrystusa, czyli to o czym pisałam wczoraj, a zupełnie pominęłam osobę, która jest tak mega dla mnie ważna. I tak czasem....yyy...no dobra, często gdy się zastanawiam nad moim powołaniem życiowym to zapominam o tym wielkim świętym, który przecież niezmiennie mnie fascynuje, pociąga, zachwyca. Jego droga nawracania. To co chyba najbardziej mnie chwyciło za serducho w czasie konferencji głoszonej przez brata kapucyna, to słowa: "Oddał wszystko co miał najcenniejszego. Są takie rzeczy, relacje, które są dla nas najcenniejsze, ale bez oddania tego Bogu, nie oddasz siebie w pełni Jezusowi". Ciągle się zastanawiam, czego mi brakuje w moim rozeznawaniu. A brakuje mi dobrej podstawy - wolnego serca. Ta postawa, ubóstwa - wolnego serca, jest w moim przekonaniu niezbędna do rozeznawania. Pozbycie się wszystkiego, co mnie "trzyma", a przecież jest tego tak wiele... To co "trzyma" wcale nie daje mi radości, są to takie pociechy, które lubią, które podobają się moim rówieśnikom, dla których Bóg może i jest, na którymś tam miejscu... Bardzo chcę, żeby Bóg był w moim życiu na pierwszym miejscu, przed wszystkimi i wszystkim. Franciszek powoli odkrywał, że dotychczasowe życie go już tak bardzo nie kręci, że imprezy, wino, śpiew, że to wszystko nie daje mu już radości. Dobrze wiedzieć, że już ktoś przez to przechodził. Nie czuję się taka osamotniona w tym moim odkrywaniu swojego miejsca, bądź odkrywania co nim na pewno nie jest. To odkrywanie wzbudza wiele różnych emocji, niekoniecznie pozytywnych. Odkrywa się bowiem swoją "inność", która wzbudza niezdrowe zainteresowanie i naraża na upokorzenie. Dlatego jest ryzyko rezygnacji z tego odkrywania, ale to zgubna droga, bo tylko progres na drodze wiary ma sens. Stagnacja usypia serce i rozum, usypia czujność i budzą się demony ze swoimi licznymi pokusami. Ważne też, żeby na tej drodze, w tej drodze rozeznawania, ale też szerzej mówiąc drodze nawracania zmieniać wyłącznie siebie, a nie innych (chyba, że zmienią się pod wpływem dobrego świadectwa to chwała Panu). Nie mogę też nie wspomnieć o Ewangelii dnia dzisiejszego, która idealnie pasuje do osoby św. Franciszka. Ten święty był posłuszny, wierny Bogu na drodze nawrócenia, był też wierny Kościołowi Świętemu, którego pytał o zgodę, o pozwolenie, o zdanie. "Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny" - oby tak się stawało w moim życiu.

pax! ;]

"Pieśń słoneczna"
Najwyższy, wszechmocny i dobry Panie,
Tobie sława, chwała, uwielbienie
I wszelkie błogosławieństwo:
Tylko Tobie, Najwyższy, one przystoją
I żaden człowiek nie jest godzien
Wzywać Twojego Imienia.
Pochwalony bądź, Panie,
Z wszystkimi Twoimi stworzeniami,
A przede wszystkim z naszym bratem słońcem,
Które dzień daje, a Ty przez nie świecisz.
Ono jest piękne i promieniste,
A prze swój blask
Jest Twoim wyobrażeniem, o Najwyższy!
Panie, bądź pochwalony
Przez naszego brata księżyc,
I nasze siostry gwiazdy,
Które stworzyłeś w niebie
Jasne i cenne, i piękne.
Panie, bądź pochwalony
Przez naszego brata wiatr,
Przez powietrze i obłoki,
Przez pogodę i wszelkie zmiany czasu,
Którymi karmisz swoje stworzenia.
Panie, bądź pochwalony
Przez naszą siostrę wodę,
Która jest wielce pożyteczna,
I pokorna, i cenna, i czysta.
Panie, bądź pochwalony
przez naszego brata ogień,
Którym rozświetlasz noc,
A on jest piękny i radosny,
Żarliwy i mocny.
Panie, bądź pochwalony
Przez tych, którzy przebaczają wrogom
Dla miłości Twojej
I znoszą niesprawiedliwości i prześladowanie.
Błogosławieni, którzy trwają w pokoju u prawdzie,
Gdyż przez Ciebie, Najwyższy,
Będą uwieńczeni.
Panie, bądź pochwalony
Przez naszą siostrę, śmierć cielesną,
Której żaden żyjący człowiek ujść nie zdoła.
Biada tym, którzy w grzechu śmiertelnym konają.
Błogosławieni ci,
Którzy odnajdą się w Twojej świętej woli,
Albowiem po raz wtóry
Śmierć im krzywdy nie uczyni.
Czyńcie chwałę i błogosławieństwo Panu,
I składajcie Mu dzięki
I służcie Mu
Z wielką pokorą.
Św. Franciszek z Asyżu
(przełożył Roman Brandstaetter)


07 listopada

Uwielbiam!

Uwielbiam!
Długie niepisanie oznacza tyle, że nie miałam na to czasu, a miałam całe mnóstwo zajęć. Nie wyobrażałam sobie, jak można na ostatnim roku studiów mieć tyle zajęć. Niepojęte.
Kolejna rzecz - mam temat pracy licencjackiej i nawet w tym tygodniu zamierzam napisać pierwszy podrozdział. W tym celu nawet odwiedziłam już raz bibliotekę i odwiedzać ją będę coraz częściej. Sukces jest taki, że mam już trzy strony ;)
Byłam w domu na 1 listopada i pozwoliło mi to nabrać siły, zaczerpnąć energii na następne dni i kolejne zadania. W poniedziałek do Lublina przyjedzie moja siostra i spędzi ze mną dwa dni, a za tydzień znowu wracam na weekend do domu (w związku z prawem i obowiązkiem - głosowania w wyborach ;]). Po takim czasie w domu muszę napisać o tym, że często nie dostrzegam szczęścia jakim jest rodzina, ciepły dom, do którego zawsze można wrócić, rodzeństwo, na które można liczyć, kochająca mama, która zawsze czeka, codziennie dzwoni, żeby usłyszeń mój głos. Powinnam dziękować za to każdego dnia Najlepszemu Bogu, ale w swojej ułomności przypominam sobie o tym tylko co jakiś czas. 

Poza tym sukcesy małe i duże, jak również porażki w życiu duchowym.
Na szczęście jest spowiedź. Można przyjść i zyskać nowe życie. Spowiednik wymagający, ale też pełen ciepła. Czasem pomaga nauka pełna słownego głaskania po głowie, innym razem zimny prysznic stawia mnie na nogi i pozwala wrócić do "gry".
Ciężki czas daje dużo możliwości zbliżenia się do Pana Boga. To, że tak wyraźnie widzę swoje słabości daje mi szanse wykorzystania tego w dobry sposób, bo.... "moc w słabości się doskonali".
Postanowiłam dlatego od dzisiaj mniej narzekać, więcej DOSTRZEGAĆ to, czym mogę się zachwycić i dziękować za to = uwielbiać Boga :)

Dlatego oprócz wdzięczności za moją rodzinę, chcę dziękować za: piękną pogodę, bardzo ciepły wiatr, który ostatnio jest, wczorajszy piękny pełny księżyc, który tak cudownie oświecał mi drogę, gdy wracałam do mieszkania, stancję na której jest tak spokojnie, znajomych, z którymi mogę porozmawiać, pieniądze, za które mogę kupić sobie jedzenie i ubranie, zdolności, które pozwalają mi być twórczą, za moje liczne zalety i liczne wady. Uwielbiam Cię Boże!

Jeśli nie sprawi Wam to problemu, to każdego kto przeczyta tą notatkę proszę o krótką wiadomość w komentarzu - za co jesteście dzisiaj wdzięczni Panu Bogu.

pax!
;]

30 września

w Kościele odnajduję normalność

w Kościele odnajduję normalność
Niedługo stanie się tradycją, że na pierwszy tydzień mieszkania mojego w Lublinie po wakacjach mam pożyczony Internet (brawa dla Marcina! :D ). Dwa tygodnie praktyk minęło bardzo szybko. Na początku myślałam sobie: znowu będzie mi się nudziło, znowu bezsensowne siedzenie po kilka godzin, znowu nie zobaczę jak ta praca naprawdę wygląda. Otóż było zupełnie inaczej. W ogóle mi się nie nudziło. Przez 6 godzin dziennie miałam naprawdę co robić i nie było to parzenie kawy czy kserowanie. Muszę przyznać, że prawie się poczułam jak pracownik Centrum Pomocy Rodzinie. Wyjeżdżałam też w teren i… zderzenie z rzeczywistością było bolesne. Jedno jest pewne: nie chcę pracować w pomocy społecznej. A czego chcę? Na to pytanie będę odpowiadać sobie przez najbliższy rok…
A jutro zaczynam trzeci rok studiowania mojego lubelskiego. Nawet się cieszę, bo trzy miesiące laby to za dużo. Jestem już na mojej nowej stancji, załatwionej „po znajomości”. Moich przyszłych współlokatorek jeszcze nie ma. Plan zajęć mam tak wypełniony, że już czuję jak ten semestr da mi w kość. Ponadto – pisanie pracy, to chyba będzie jakaś totalna porażka! Nie mogę sobie tego wyobrazić z moją panią promotor. Po prostu nie mogę.
Wczoraj byłam u spowiedzi. Dobrze jest mieć spowiednika, któremu naprawdę zależy na życiu penitentki. Co prawda zadaje on dużo trudnych pytań, na które nie potrafię odpowiedzieć i tak głupio milczę, albo rzucam ciągle to nieporadne „nie wiem”, ale ten właśnie człowiek; ten kapłan zapewnia mnie o miłości Boga do mnie. Nawet nie wiecie jak bardzo tego potrzebuję i jak bardzo to cenię. Oczywiście – w sakramencie pojednania to rozgrzeszenie jest istotą, ale to jest właśnie miłość Boga, to taki aspekt, który ciągle odkrywam i ciągle niedowierzam.
A dziś poszłam sobie na Eucharystię wieczorem. Po drodze spotkałam nieziemsko przystojnego policjanta! Normalnie miłość od pierwszego wejrzenia. I puścił mi oczko, i się do niego uśmiechnęłam i on się oduśmiechnął do mnie. Och! :-) A na Eucharystii było pięknie! Jak zawsze na Eucharystii. I o ile ostatnio ciągle sobie narzekam na Pana Boga i na Kościół, a konkretnie na „nieobecność” (szeroki temat, ale szkoda na to czasu), to dziś doświadczyłam, że Jezus jest blisko mnie.  Przeczytałam nie tak dawno na blogu młodej dziewczyny, bardzo wierzącej, praktykującej, że w Kościele brakuje jej normalności, brakuje jej uśmiechu i spontaniczności. A ja tak dziś siedząc w Kościele, jeszcze przed rozpoczęciem, a później w trakcie rozejrzałam się, na lewo i prawo, na ludzi których z widzenia już znam i na tych których nie znam, na kapłanów, których też już z widzenia jakoś kojarzę, myśląc też o sakramencie pokuty, który zawsze gdy poprosiłam to otrzymałam i zawsze w takich okolicznościach jakich chciałam – nie przy konfesjonale, tylko w rozmównicy, przypominając sobie kazania raz bardziej, raz mniej udane, to muszę stwierdzić: w Kościele odnajduję właśnie normalność. Nie zawsze się do tego przyznaję, czasem się buntuję, ale tak jest. Tą normalność wyznaczają przykazania Boże. One są trudne. Na pierwszy rzut oka są ograniczeniami, a kiedy zaczniemy się do nich stosować, je przestrzegać, to można poczuć jak bardzo czynią życie normalnym, radosnym. I nie potrzeba  śmiechu w Kościele i nie wiadomo jakiej spontaniczności. Wystarczy na „znak pokoju” podanie dłoni i serdeczny uśmiech, i nawet jeśli ktoś krzywo spojrzy, to jest to normalne, bo Kościół jest owszem święty, ale jest też grzeszny.  A życie każdego człowieka, który tworzy Kościół to historia, której często nie znamy, ale znając trochę życie, można się spodziewać, że były i są momenty trudne, bolesne. My czasem chcielibyśmy zmieniać Kościół, tak jak uczniowie z dzisiejszej Ewangelii widząc, że samarytanie nie przyjęli Jezusa: „Panie, czy chcesz, a powiemy, żeby ogień spadł z nieba i zniszczył ich? Lecz On obróciwszy się zabronił im.”
I jeszcze jedno zdanie na koniec, z listu do Filipian: "niech każdy ma na oku nie tylko swoje własne sprawy, ale też i drugich" (Flp 2,4)
Właśnie – niech nie oczekuję, aby było tak, jak ja chcę. Niech zrozumiem, dlaczego inni chcą inaczej. Niech mój egoizm pomniejsza się, a wzrasta troska o sprawy drugiego człowieka.


Studentom życzę długich nocy i krótkich kolejek do dziekanatu, oraz Ducha Świętego każdego dnia, i żeby październik kojarzył się z modlitwą różańcową, a nie bolesnym lub mniej bolesnym powrotem na uczelnię :-) 
pax Wszystkim!

21 września

sprawiedliwość Twoja jest nierównością

sprawiedliwość Twoja jest nierównością
Już kiedyś pisałam o swoich spostrzeżeniach dotyczących czytań liturgicznych, ale się powtórzę, bo wciąż się temu nie mogę nadziwić. One ze sobą dialogują. Najlepszy tego dowód mamy dzisiaj.
„(…)szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzyśmy znosili ciężar dnia i spiekoty.” (Ewangelia),
„Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami.” ( pierwsze czytanie)

Doskonale mi znane nieporozumienie w dzisiejszej Ewangelii. Domagam się sprawiedliwości. Sądzę, że nie jestem odosobniona w tym. Na każdym kroku spotykam nieuczciwość, widzę cwaniactwo, hipokryzję. Przykłady? Studia – chociażby takie głupie wpisywanie na listę obecności nieobecnych. Kościół – kapłan, który grzmi z ambony, że małżonkowie zdradzają się wzajemnie, a za chwilę sam zdradza Boga z pieniędzmi, z alkoholem, z kobietami. Praca – wynoszenie papieru do drukarki z biura, bo „przecież oni i tak mają”. I ciągłe zadawanie pytań: dlaczego mimo tego, że jestem bardziej uczciwy od innych, to dostaję taką samą zapłatę, mało tego – czasem zdarza się i wyrzut do Pana Boga, że gorzej nam się wiedzie, mimo naszego dobrego postępowania. Odkąd zrozumiałam tę przypowieść, nie męczy mnie to ciągłe pytanie o sprawiedliwość. Jezus w przypowieści o gospodarzu winnicy wyprzedził nasze pytania, wyprzedził naszą rzeczywistość, w której czujemy się pokrzywdzeni przez brak sprawiedliwości. Owszem – po ludzku nie po równo Pan Bóg wynagradza. Jednym i drugim daje po tyle samo, a czasem nawet tym, którym wydawałoby się, że należy się więcej (bo więcej się modlą i lepiej służą bliźnim)  – daje mniej. Przed stwierdzeniem, że to po prostu nielogiczne, powstrzymuje mnie fakt, że kto jak kto, ale Stwórca wie, jak ten cały świat „działa”, On najlepiej zna instrukcję obsługi całego wszechświata. Chęć wprowadzania naszego ludzkiego pojęcia sprawiedliwości w Jego dzieło, można myślę porównać do chęci tłumaczenia przez mrówkę człowiekowi jak jeździć samochodem. Przyznam szczerze, że coraz częściej i coraz bardziej nie przeszkadza mi to, co widzę gdzieś obok siebie, a jest to złe. To znaczy – przeszkadza, ale nie gorszy. Coraz rzadziej zdarza mi się to komentować, a tym bardziej krytykować. Wyraźniej jednak widzę swoje zaniedbania, słabości, złe skłonności i to one mnie bolą i mi przeszkadzają. Jeśli mam innym zwrócić uwagę, jeśli mam innym mówić o Bogu i Jego przykazaniach, to sama muszę (choć to chyba złe słowo), a raczej pragnę zmieniać siebie czyli nawracać się. Najbardziej w tym mnie cieszy to, że jest to postawa przepełniona wolnością. Właśnie z tego względu słowo „muszę” zastąpiłam słowem „pragnę”

Życzę Wam wszystkim, takiego pragnienia, jakie i ja odczuwam, bo to pragnienie ubogaca i daje radość.
pax! ;]

Niech dopełnieniem tej notatki będzie wiersz znakomitego  poety, księdza Jana Twardowskiego.


SPRAWIEDLIWOŚĆ
Gdyby wszyscy mieli po cztery jabłka
gdyby wszyscy byli silni jak konie
gdyby wszyscy byli jednakowo bezbronni w miłości
gdyby każdy miał to samo
nikt nikomu nie byłby potrzebny

Dziękuję Ci że sprawiedliwość Twoja jest nierównością
to co mam i to czego nie mam
nawet to czego nie mam komu dać
zawsze jest komuś potrzebne
jest noc żeby był dzień
ciemno żeby świeciła gwiazda
jest ostatnie spotkanie i rozłąka pierwsza
modlimy się bo inni się nie modlą
wierzymy bo inni nie wierzą
umieramy za tych co nie chcą umierać
kochamy bo innym serce wychłodło
list przybliża bo inny oddala
nierówni potrzebują siebie
im najłatwiej zrozumieć że każdy jest dla wszystkich
i odczytywać całość

Jan Twardowski


04 września

cieszy mnie...

cieszy mnie...
Uwaga uwaga, to jest ten moment, kiedy się chwalę a jednocześnie dzielę swoimi niepokojami :) Piszę do Was z nowego laptopa. I pierwsze moje przemyślenia, jeszcze "na gorąco" są takie, że gdybym kupiła sobie nawet najlepszego laptopa na świecie, najlepszy telefon, pojechała na ekstra wycieczkę zagraniczną, to to wszystko jest niewystarczające by być szczęśliwym człowiekiem. To mało "odkrywcze" dla tych, którzy na co dzień żyją blisko Boga i dla drugiego człowieka, a znowu zaskakujące dla ludzi, którzy żyją duchem "tego świata". To jest ciekawe, że dążymy, żeby mieć coraz lepszy samochód, coraz lepszy komputer, coraz ładniejszy dom, i...wciąż jest nam mało. Po co to wszystko? Naprawdę nie rozumiem, ale niestety daję się na to nabrać w imię bycia w "normie" (czyli nie odstawania za bardzo od wszystkich ludzi w moim wieku, bo i tak wystarczająco jestem oryginalna, czyli jak mówią niektórzy po prostu: dziwna). Druga ciekawa rzecz: to, że jestem w tej "normie", też wcale mnie nie cieszy.
Zatem... co mnie cieszy?
Cieszą mnie ludzie. Cieszą mnie spotkania z ludźmi, takie spotkania twarzą w twarz, przy herbacie, kawie, piwie. Spotkania w czasie których mówi się o czymś w moim przekonaniu ważnym. Gdzie nie mówi się ciągle o pieniądzach (często nie wprost), ale o uczuciach, przeżyciach. Szczególnie spotkania z bliskimi mi ludźmi, ale też z nowo poznanymi. Nie uważam się za osobę bardzo towarzyską, ale lubię poznawać nowe osoby i ich życie. 
Cieszy mnie Bóg. Mimo że często Go nie czuję. Pewność (którą mam), że On Jest daje mi radość. Ta pewność to wiara, a wiara jest łaską. On który jest w Eucharystii, którą nie zawsze przeżywam godnie, On który jest w Słowie, którego czasem nie rozumiem, a innym razem czytam bezmyślnie. On, który JEST - cieszy mnie, raduje, daje mi poczucie zadowolenia, spełnienia. 
Cieszy mnie praca. I nie chodzi tu o wykonywanie jakiegoś zawodu, bo jeszcze tego nie robię, a nawet gdybym, to sądzę, że też nie pracę zarobkową mam na myśli. Jeśli zrobię coś, co mi, bądź komuś może pomóc, czy posłużyć to bardzo mnie to cieszy, bo widzę że ktoś dzięki temu ma "lepiej" czy "lżej".
To takie trzy "filary", które podtrzymują moje życie. Gdyby nie to, na pewno bym pogrążona była w głębokiej depresji. Nie przesadzam wcale.

Chciałabym tak bezgranicznie stać się nie z tego świata, a jednocześnie uważana być za tą "w normie" i dochodzę do wniosku, że to się ze sobą okropnie kłóci. Przynajmniej ja tego nie potrafię połączyć, nie potrafię znaleźć złotego środka. Stwarza to mętlik w mojej głowie.
Uwielbiam Cię Panie w tym mętliku.

"Wytrwajcie w Miłości MOJEJ" J 15,9


pax!

27 sierpnia

po GM!

po GM!
Wyjechałam około południa. Była dobra pogoda. W sercu miałam wiele pragnień. Wymagałam od Boga, żeby działy się cuda. Umówiona byłam na 14.30, że odbiorą mnie z dworca pkp - brat siostry zakonnej, którą niedawno poznałam w autobusie i jego syn, który też miał wziąć udział w tym spotkaniu... Mowa o Golgocie Młodych. Czekałam na dworcu siedząc na ławeczce i obserwując ludzi dookoła: rozmawiających, czytających, żegnających się i witających. Wreszcie - przyjechali i pojechaliśmy do Serpelic. Na miejscu było już trochę ludzi. Poznałam wiele osób, z którymi się tam "trzymałam", choć to za dużo powiedziane. Czasem z nimi po prostu rozmawiałam. Było też kilkoro moich znajomych (z Lublina, z pielgrzymki, ze szkoły, z moich rodzinnych stron, znajomi bracia zakonni i siostry...), a może kilkanaścioro nawet.
Rozpoczęcie - Droga Krzyżowa. Samotność. Głębokie przeżycie.
Później pamiętam jeszcze konferencje - Ani Golędzinowskiej i dra Jakuba Kołodzieja.
I jedną adorację - prawie już na koniec, i moje łzy i prośby...
Nic więcej.
Nie było cudów.

Myślę sobie... to jest właśnie miłość. Trwać, kiedy nic się nie "czuje", kiedy nawet przeciwnie - czuje się jakieś odrzucenie i pustkę. I jakby On był po przeciwnej stronie, a przecież jest po mojej. Nie chce mi się trwać gdy tak jest - tak nijak. Nie mam miłości?

Strasznie mi źle. Jutro wysprzątam całą łazienkę, tak na błysk! Mycie kibla jest dobre na doła.

Było coś jeszcze... ale to tajemnica. Bardzo słodka tajemnica.

Łaska Pana naszego Jezusa Chrystusa z wami wszystkimi!
Pozdrawiam imieninowo....
pax!

19 sierpnia

summertime

summertime
Metamorfoza mojego bloga, a raczej plany o niej odchodzą na dalszy plan (nie wiem czy to w ogóle nastąpi, choć bardzo bym chciała). Trochę się pozmieniało w moim życiu. Nie chcę mówić, że na gorsze, bo nie wiem co z tego wszystkiego wyniknie. Z perspektywy, z której patrzę na to dzisiaj - nie jest zbyt dobrze. O tym co trudne, bolesne i przykre pisać dzisiaj nie będę.

Opowiem Wam trochę o moich wakacjach :) 

Otóż byłam we Włoszech! :) Dokładnie w Lido di Jesolo miałam hotel i to tam głównie spędzałam czas. W podróż wybrałam się z moją siostrą. Trafiła nam się naprawdę bardzo fajna grupa - ludzie pozytywni, życzliwi, sympatyczni. Wielkie ukłony też dla Pilotki, która spisała się rewelacyjnie. Nasz wyjazd to głównie plażowanie, za którym nie przepadam, ale i tak było ciekawie. Szczególnie wycieczka do Wenecji oraz na wyspy Murano i Burano zapadła mi głęboko w pamięć. Włochy są piękne, a Włosi przystojni ;) Oczywiście na temat jedzonka wiele można by pisać, niekoniecznie pozytywnie, choć ostatecznie najgorsze nie było. 
Byłam także w niedzielę w kościele na Mszy w języku włoskim. Dało się zaczaić co i jak, ale widać od razu różnice w temperamencie ludzi ;) Na wejście ludzie od razu klaszczą, wszyscy włączają się w śpiew, liturgię słowa każdy dostaje na kartce, tak aby mógł bardziej się skupić na niej. Także podczas kazania, kiedy prezbiter wraca do słów z czytań, aby i każdy z obecnych na Mszy Świętej mógł wrócić, przeczytać sobie. 
Wenecja piękna, choć nie przepadam za tłumami, więc średnio się tam odnalazłam, a ciągłe przesiadanie się w tramwaje wodne było dosyć męczące. Zdecydowanie wolę miejsca ciszy. We Włoszech wszędzie głośno, choć w ciągu dnia i trwającej sjesty, kiedy to sklepy, restauracje itd. zostają zamknięte jest trochę spokojniej. Wieczorem i nocą natomiast gwar miasta nie sprzyja odpoczynkowi. 

Kolejnym ważnym punktem wakacji był LUBLIN. Tak! Moje ukochane miasto! Pojechałam tam szukać stancji i znalazłam bez problemu, "po znajomości", będę trochę się czuć jak u siebie w domu, bo mam się tym mieszkaniem w pewnym sensie opiekować ;) Oj...się zaczną rządy despotyczne Moni. Żadnych imprez, a o 21 wszyscy do Apelu ;) Oczywiście żartuję, myślę że będzie dobrze się mieszkało. Poznałam nawet moje współlokatorki, z którymi jak mi się wydaje, będzie szansa się dogadać. Najważniejsze, że mieszkanie to znajduje się na terenie mojej umiłowanej parafii lubelskiej :) Przy okazji oczywiście odwiedziłam tą parafię i braci i co ważne spowiednika :]

A wczoraj spędziłam przemiły dzień w lesie :) Tak lubię najbardziej! Po prostu cisza. Cudowna cisza. Choć w towarzystwie :)

W piątek wyjeżdżam na Golgotę Młodych do Serpelic. To czas rekolekcji, ale takich trochę innych, bo uczestniczy w nich mnóstwo osób z całego kraju (a chyba także z zagranicy ma być młodzież), śpimy pod namiotami, więc muszę wziąć wszystkie ciepłe ubrania które mam, bo zimne są noce, a i w ciągu dnia szalonych temperatur już nie ma. Jadę z ludźmi, których praktycznie nie znam, więc tym bardziej będzie ciekawie. Łączę z tym czasem wiele nadziei, więc musi być udany. 

I każdy, kto dla mego imienia opuści dom, braci lub siostry, ojca lub matkę, dzieci lub pole, stokroć tyle otrzyma i życie wieczne odziedziczy.
Czy zostawiłam już wszystko dla Chrystusa? Jakże prosta jest odpowiedź- nie... i jak wiele jeszcze przede mną pracy nad ubóstwem. Czyli rzeczywistością, w której wszystko będę miała u Boga i to mi wystarczy. 

Dla odpoczywających dobrego odpoczynku, dla pracujących dużo siły - tego życzę. 

pax! ;]

13 lipca

odkopany skarb

odkopany skarb
by Monia



Trochę mnie tu nie było, dlatego już melduję co, jak, gdzie. 

Studia i Lublin

Po dużej dawce stresu związanego z trudnym kontaktem z promotorką mój temat został, że tak powiem "zatwierdzony", a przynajmniej tak zrozumiałam, ale niestety nie wiem dokładnie jak brzmi. Moje pisanie pracy to będzie jedno wielkie zamieszanie, zresztą...już jest. Ale jakoś się tym nie przejmuję, przecież napisanie pracy licencjackiej nie jest trudne. A dodatkowo mówią, że jestem dość inteligentna. Sesja była lekka i przyjemna i wszystko zakułam, zdałam i raczej większość zapomniałam. Bardzo miłym akcentem był wyjazd do Kazimierza Dolnego. Uwaga! - sama prowadziłam auto i order za odwagę temu, który dał mi prowadzić, Dobry to Człowiek. Spacerki przy Wiśle, posiedzenia na Rynku, obiadek w bardzo dobrej (wcale nie dlatego, że drogiej) restauracji, komary w Wąwozach i próba wejścia na górę Trzech Krzyży (...) to wszystko i jeszcze więcej w przemiłym towarzystwie wspomnianego Dobrego Człowieka. 
Przed wyprowadzką z Lublina jeszcze odwiedziny u mojego stałego spowiednika, z którym praca nad moim życiem jest ciężka, ale owocna. I 28 czerwca jeśli mnie pamięć nie myli - wyprowadzka z mieszkania (o tym też można by było napisać kilka zdań, ale chyba szkoda energii). 

Lublina mi już brakuje. Może nie samego miasta, ale Poczekajki i kilku osób. 

Wakacje

Moje wakacje spokojnie się toczą. Przez kilka dni cieszyła się mną Łomża. Bardzo pozytywnie spędzone kilka dni. Wpadła mi w tym czasie w ręce m.in. książka "Siódmy rozdział" o. Pelanowskiego, i choć za nim samym (jako autorem oczywiście, bo prywatnie go nie znam) nie przepadam, to ta książka mocno mnie poruszyła i te miejsca w moim życiu...w moim sercu, które potrzebują uzdrowienia. Pozwoliła mi też poukładać - jak w książce - pewne kwestie w moim życiu. Dużo radości dało mi spotkanie ze znajomymi, jak i....nieznajomymi, których poznałam. Imion nie pamiętam, ale jeden z nich - świeżo nawrócony do Boga. Ile on miał w sobie dziecięcej ufności i prostoty. O kurcze! Pozazdrościć po prostu. Oby się tylko nie wypalił zbyt szybko, oby spokojnie dał się prowadzić naszemu Panu. Na razie ewangelizuje każdego kogo spotka i uwielbia Boga we wszystkim i wszystkich. No mega pozytywny gość.  A w drodze powrotnej poznałam jeszcze siostrę zakonną, dobrze się rozmawiało!

Odwiedziłam też moje pobliskie Siedlce, ale to w sumie nie pierwszy i nie ostatni raz w te wakacje. Poza tym brałam udział w konkursie fotograficznym, w którym zajęłam 4 miejsce i jestem z siebie dumna. We wrześniu mam praktyki w Siedlcach. A we wtorek wyjeżdżam do Włoch na 10 dni. Wyjazd wypoczynkowy, ale ufam że zobaczę chociaż trochę "świata" z jego pięknymi miejscami. Liczę też na to, że mój blog jeszcze w wakacje przejdzie metamorfozę, będzie ładniej wyglądał i będę częściej pisać, bo jak przystało na kobietę mam sporo do powiedzenia. Zasada będzie również taka, że zdjęcia które będę umieszczała, będą wyłącznie albo mojego autorstwa, albo z moich prywatnych zbiorów. 

Odkopany skarb 

Nie lubię za bardzo w tak luźnych notatkach wprowadzać moje 'rozważanio-rozmyślania' na temat tego, co mówi mi Pan, ale z drugiej strony, Jego Słowo jest żywe i nie da się inaczej. Dzisiaj w pierwszym czytaniu jest następujące zdanie: słowo, które wychodzi z ust moich, nie wraca do Mnie bezowocne, zanim wpierw nie dokona tego, co chciałem, i nie spełni pomyślnie swego posłannictwa. Zadawałam sobie ostatnio bardzo często pytania, czemu Bóg jakby coraz mniej ma mi do powiedzenia, przecież ja potrzebuję zapewnienia, odpowiedzi na moje pytania,wyraźnego  wskazania gdzie mnie posyła. A tak naprawdę Słowo Pana na te moje pytania, już dawno dostałam. Mimo to wciąż chce zapewnień i tak naprawdę wciąż chcę słyszeć to samo... Myślę, że On jest bardzo cierpliwy względem mnie. Odkładam Jego Słowo, chociaż wiem, że da mi Ono szczęście, nie jestem szczęśliwa, więc marudzę Mu, że jest mi źle. Przypominam sobie Jego obietnicę względem mnie, oraz Jego plan na moje życie, który sprawi że będę szczęśliwa (nie mylić z 'nie będę miała problemów, nie będę się trudzić') i co? I nadal ten plan odkładam na inną, "lepszą" chwilę. Ale mam wrażenie, że ta chwila się zbliża wielkimi krokami. Słowo, które już dostałam dawno, odkrywam teraz na nowo, trochę jak zakopany skarb. Nie wiem czy mieliście takie przygody z dzieciństwa, ale zakopywało się coś gdzieś pod płotem, czasem wspominało, że coś tam zakopaliśmy, ale odkopywało  się to dopiero  po kilku nawet latach i oglądało ten "skarb". Co towarzyszyło temu znalezieniu skarbu? Dużo radości, ale też taka świeżość. Kiedyś inaczej patrzyliśmy na ten skarb, po latach- inaczej. Ten czas, który pozostał, do podjęcia tych ważniejszych (najważniejszych?) decyzji w moim życiu mogę uczynić dobrym przygotowaniem, radosnym przygotowaniem, szczerym, prawdziwymi, i (czego sobie życzę chyba najbardziej) wytrwałym. Siewca wyszedł siać. Nie dzisiaj. Już długo zasiewa ziarno w moim sercu, na różnych etapach mojego życia, w zasadzie nawet co dzień rola może się zmieniać, raz to będzie miejsce skaliste, innym razem ciernie, ale może to być też żyzna gleba. Chcę nią być i mam przekonanie, że teraz - dziś - tak jest. Za to, że dzisiejszego dnia potrafię cieszyć się z tego, że usłyszałam Jego Głos, z tego że potrafię dużo bardziej panować nad sobą i swoimi uczuciami i emocjami chcę uwielbiać Jezusa Chrystusa! 
Nie wiem czy to co napisałam jest zrozumiałe, ale ja to rozumiem i niesamowicie mnie to cieszy, kurcze:-)

Polecam też Waszej modlitwie Spotkanie Młodych w Wołczynie,które jutro się rozpocznie, aby młodzi którzy tam przyjadą mieli otwarte serce na przemianę życia, której dokona nasz Pan. 

Bezpiecznych wakacji i słoneczności Wam życzę. Weźcie Jezusa z sobą gdziekolwiek pójdziecie/pojedziecie/popłyniecie/polecicie!

pax! ;]

28 maja



szeptem
modlę się do uśpionego nieba
o zwykły chleb miłości
/Poświatowska/

06 maja

Bóg JEST

Bóg JEST
Oglądaliście film "Anioł w Krakowie" albo jego drugą część "Zakochany Anioł"?
Spotkałam wczoraj na ulicy pewnego mężczyznę, wyglądał jak Giordano (tytułowy Anioł).


Podszedł do mnie i zapytał:
- Gdzie jest najładniej?
- yyy....
- Na tamtym świecie. Miałem wypadek (pokazując bliznę na szyi). Byłem 45 dni w śpiączce. Przeżyłem śmierć kliniczną. Jest tam pięknie. Bóg JEST.

: )

23 kwietnia

w drodze do Emaus

w drodze do Emaus
Powrót do Lublina radosny - dostałam naleweczkę, a jutro nie mam zajęć, choć miałam mieć ich sporo, ale... godziny dziekańskie :)

Modliłam się ostatnio: Panie, daj mi Słowo, które mnie naprawdę przeniknie do szpiku (por. Hbr 4,13). Słowo, które pokaże mi w którym miejscu w tym życiu duchowym jestem, w czym jest problem, że wciąż nie mogę znaleźć trwałego pokoju. I dzisiejsze Słowo przemawia do mnie wyraźnie. Utożsamić mi się pozostaje z uczniami z drogi do Emaus. Uczniowie uciekają z Jerozolimy trochę jakby 'nienasyceni', trochę zawiedzeni. Są po prostu - jak pisze Pismo - smutni.
Idealnie oddające to stan, w którym ja się znajduję. Spotkanemu na ich drodze opowiadają o swoich niezrealizowanych, jakiś zagubionych nadziejach... O tym, że Jezus z Nazaretu  który był prorokiem potężnym w czynie i słowie wobec Boga i całego ludu został wydany na śmierć i ukrzyżowany. Nie mówią o tym, że zmartwychwstał. Mówią, że niewiasty, że apostołowie, wprawdzie coś wspominali o pustym grobie, ale dla tych uczniów - bohaterów dzisiejszej Ewangelii nie ma Niedzieli Zmartwychwstania. Oni żyją ciszą i pustką Wielkiej Soboty, bo Król zasnął ( jak głosi starożytna homilia). I dalej mówią, to znane mi tak dobrze z mojego życia: A myśmy się spodziewali... Przecież ja ciągle się spodziewam czegoś, co nastąpiło, następuje, czego dokonuje Jezus Chrystus w moim życiu - przez tyle niesamowitych, pięknych osób, które wciąż poznaję, przez tyle radości, której mi daje, wydarzeń, sytuacji, możliwości, a zostaje przeze mnie najzwyczajniej w świecie to wszystko  n i e d o s t r z e ż o n e. Tak łatwo przegapić zmartwychwstanie. Na Eucharystii Go poznaję - na Łamaniu Chleba oczy mi się otwierają. Wtedy jest wszystko proste. Widzę chleb, ale wierzę, że jest to Jego Ciało. Kiedy Chrystus znika mi z oczu, wychodzę ze świątyni - no właśnie, co dalej zrobię? Bardzo bym chciała wrócić do Jerozolimy - do swoich braci i sióstr, którzy spotkali Zmartwychwstałego i być, żyć w jedności z nimi, bez obaw, bez lęku. Chrystus nie zawodzi. 

Niech to Słowo działa we mnie i przemienia moje serce! 
Bogu Najlepszemu niech będą dzięki!

pax! ;]

21 kwietnia

raduj się, Kościele święty!

raduj się, Kościele święty!
Zdobny blaskiem takiej światłości, raduj się, Kościele święty, Matko nasza! (Exultet)
Chrystus Zmartwychwstał!



Tegoroczne Triduum przeżyłam jakoś inaczej. I może nie do końca potrafię wytłumaczyć na czymś polegała ta inność, ale będę przystawać przy tym, że było zdecydowanie inaczej... Mogę też śmiało przyznać, że jakoś lepiej, bo owoce są dobre. Trochę myślałam, dlaczego tak, dlaczego lepiej. Przecież ostatnio duchowo u mnie jest tak słabo, tak płytko, tak wszystko 'na siłę' - ostatnie tygodnie właśnie takie były. Mój kontakt z Bogiem nie był taki jak dawniej - brakowało takiej osobistej modlitwy, takiego posiedzenia z Bogiem sam na sam, otwarcia przed Nim serca i trwania. Tak po prostu, jak to bywa z Miłością i z miłości. Ale było coś innego. Od kilku miesięcy odkąd mam znowu stałego spowiednika jestem praktycznie cały czas w stanie łaski uświęcającej. Zaczęłam też częściej uczestniczyć we Mszy Świętej, w zasadzie codziennie, jeśli nie mam zajęć w tym czasie. Jeśli nie uczestniczę we Mszy, to staram spotkać się z Jezusem w Słowie z dnia. I kiedy tak sobie żyłam, to ciągle było mi mało, czułam że coś jest nie tak, że ta relacja jest taka odstawiona na bok. Były trudne wieczory pełne łez i poczucia osamotnienia. Bóg był jakby odległy. To znaczy...pisałam już o tym kiedyś...jestem pewna, że On jest. To właśnie takie uczucie - pewność, że Jest Obecny, a jednocześnie jakieś bolesne milczenie.
Wielki Tydzień rozpoczęłam ciszą - postanowiłam, żadnej muzyki, żadnych nawet pobożnych pioseneczek. W środę jeszcze pojednałam się z Bogiem i Kościołem w sakramencie pokuty (Chwała Panu za mojego spowiednika, dostępnego prawie zawsze kiedy tego potrzebuję - notabene dostępność to jedna z kilku ważniejszych cech w doborze stałego spowiednika/kierownika duchowego) i pojechałam do domu.

Ostatnia Wieczerza. Ustanowienie dwóch sakramentów. Dwóch tak bardzo ważnych sakramentów w moim życiu. Sakramenty wokół których moje życie się obraca - sakrament Eucharystii i kapłaństwa. Może brzmi to nieco dziwnie. Dla większości osób, które znam dziwnym zachowaniem jest układanie planu dnia tak, żeby znaleźć czas na Eucharystię. Nie, to nie jest chwalenie się, przeciwnie... czasem zaczynam bać się przyznania do tego czy samej świadomości, że ja właśnie tak mam w głowie ułożone, że Eucharystia to nie jest świąteczny obowiązek do odhaczenia, że to nie jest wystanie czy wysiedzenie tej godziny czy półtorej, czy dwóch, tylko, że dla mnie Eucharystia stanowi źródło i szczyt całego życia chrześcijańskiego (Sobór Watykański II). Od coraz większej liczby osób (z najbliższymi na czele) doświadczam w tym niezrozumienia. Dlatego też na tej wielkoczwartkowej Wieczerzy byłam trochę zdołowana tą rzeczywistością, tym co przeżywam. Przyszłam i usiadłam z innymi uczniami Pana do ostatniej wieczerzy z Nim. Judasz ma za chwilę zdradzić naszego Mistrza, Piotr ma się zaprzeć, Jan będzie do końca przy Chrystusie... a ja? Mam w sobie wiele z Judasza. Taka myśl towarzyszyła mi tamtego wieczoru przez wiele godzin. Jestem bardzo do niego podobna w swoim zachowaniu. Potrafię zdradzić Chrystusa dla chwilowej i złudnej korzyści. I tak naprawdę, kiedy sobie to uświadomię po pewnym czasie jest mi tak bardzo źle, że niewiele brakuje, żebym skończyła tak jak Judasz. Na szczęście wierzę w Boga i wierzę w Jego miłosierdzie. Tu pojawia się postać Piotra i jego postawa, do której właśnie chcę dążyć w swoich zmaganiach - postawa skruchy, żalu. Nie głupiej rozpaczy, ale smutku z niewierności swojemu Bogu. Bardzo mocno uderzyły mnie słowa Jezusa: Jeżeli więc Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi, to i wyście powinni sobie nawzajem umywać nogi. Postawa służenia jest bardzo trudna. Z różnych powodów. Jest trudna, bo człowiek szuka bardziej swojej chwały w życiu, niż dobra drugiej osoby, ale też dlatego, że służba jest bardzo często niedostrzeżona, a nawet... skrytykowana. Pociąga mnie niesamowicie ta właśnie postawa. Może dlatego, że jeszcze tak wiele mi brakuje, żeby służyć moim braciom bez oczekiwania wdzięczności. Nie zniechęcam się tym, myślę że pierwszy raz dotknęło mnie tak właśnie to słowo tego dnia. Także w kontekście kapłanów, których znam, którzy mi służą, od których powszechnie tej służby się oczekuje. Bo czy ja służę im? Służę modlitwą, tej modlitwy jest wydaje mi się, że całkiem niemało. Ale poza tym jest wiele nieprzemyślanych werbalnych i pozawerbalnych znaków, które pojawić się nie powinny, a zamiast nich powinny być inne znaki wdzięczności, dobroci, życzliwości, ofiarności... A nie moje "więcej i więcej", które jak trzeźwo na to spojrzę prowadzi do totalnej ruiny znajomości i w pewnym sensie mnie. Tego dnia jednak popłynęło sporo życzeń wszak i lista kapłanów znajomych jest długa, ale w tym roku ograniczyłam się tylko do tych, z którymi utrzymuję bliższy kontakt. (Ale modlitwa była za wszystkich)
Podczas liturgii Wielkiego Piątku kompletnie nie mogłam poskładać myśli... Cała Męka Pańska i przeżywane każde słowo. Naprawdę każde z wielkim niepokojem. Czułam jakbym zostawała sama zupełnie. A przecież... to On... został sam na krzyżu, to mnie przy Nim nie było i tak często nie ma. Przecież On cały czas JEST i czeka na mnie, właśnie na mnie, konkretnie na mnie. A w sobotę przez cały dzień doświadczałam smutku. Powodów było kilka. Złe słowa, złe spojrzenia, brak akceptacji, niezrozumienie, samotność... A na wieczornej Mszy kiedy Exultet głosił: raduj się, Kościele święty poczułam tak bardzo mocno, że JEZUS Jest i mocno mnie kocha. Wielkanocny poranek obwieszcza Zmartwychwstanie Chrystusa, pusty grób prawdziwe doświadczenie radości. Naprawdę poczułam, że jestem kochana. Cała Niedziela była bardzo radosna. Doświadczyłam tego, że bez wspierającej Bożej Miłości, a nawet samej świadomości tej miłości, która jest ZAWSZE jestem niczym. I dzisiaj można już powiedzieć, że święta minęły... i w dodatku skończyłam je paskudną kłótnią, która była zupełnie niepotrzebna. Nie chcę, żeby nic się nie zmieniło. Po prostu się na to nie zgadzam. Ta relacja jest najważniejszą w moim życiu, jest priorytetową, choć moje zachowanie nie zawsze o tym świadczyło. Tak jak w każdym związku miłosnym miodowy miesiąc nie trwa bez przerwy. Ale trwa miłość, która jest wtedy gdy jest dobrze i gdy jest źle, albo ta miłość znika jeśli oparta była przede wszystkim na moich przyjemnościach, moich potrzebach i chodziło tylko o mnie. Chcę inaczej. Chcę podjąć pracę nad sobą - ze względu na Boga i dla drugiego człowieka. Przechodzić przez cierpienie mało zajmując się sobą. Chcę żeby moje życie było pełną miłości odpowiedzią na JEGO Miłość, która mnie wybrała pierwsza.

W środę wracam do Lublina, a 30 kwietnia wyruszam na rekolekcje wędrowne: https://www.facebook.com/events/678317595564420/?fref=ts Cieszę się na samą myśl, choć nie wiem jak to będzie wyglądało, ale myślę, że dam radę i że będzie dużo radości, dużo doświadczenia obecności drugiego człowieka i dużo PANA BOGA :)

Wszystkim, którzy tu jeszcze czasem zaglądają życzę ŻYWEJ WIARY i Radości :)
pax! ;]

31 marca

Człowiek


nie przestaje być wielkim,


nawet w swojej słabości. 


wnet święty Jan Paweł II

27 marca

Tym razem notatka będzie nieco dłuższa. Napiszę o wszystkich moich rozterkach, a jest ich coraz więcej.
Na uczelni nic się ciekawego nie dzieje i akurat w tej kwestii nic się nie zmieniło. Nie jest ciekawiej. Powoli zaczyna mi się jednak rozjaśniać w jakim kierunku zawodowym chcę podążać. To, że nie chcę być pracownikiem socjalnym biegającym po domach z kwestionariuszem wywiadu, wiedziałam już zaczynając studia. Głównie dlatego, że zanim zacznę to robić już się zawodowo wypalę ;) Możliwości jest niewiele, ale można coś pokombinować, choć nie wiem czy jest coś co mnie naprawdę interesuje. Mam coraz większe przekonanie, że nie.

Dzisiaj powinnam podać temat pracy licencjackiej, ale jeszcze go nie mam, więc jak miałam go podać. Nie podałam. Nie wiem o czym chcę pisać i pytania pani promotor: "a czym pani się interesuje, to może nakieruję?" w tym przypadku nie za bardzo mają sens, bo moje zainteresowania nie dotyczą mojego kierunku studiów. Coś jednak trzeba będzie pisać...ani tematu ani ochoty nie ma.

W kwietniu muszę dać odpowiedź właścicielce mieszkania, w którym wynajmuję pokój czy zostaję tutaj czy się wyprowadzam na następny rok akademicki. Mieszka się słabo, tzn. płacę sporo, a warunki nie są rewelacyjne. Poza tym współlokatorki są czasem baaardzo męczące, bo głośne. Argumenty przemawiają za tym, żeby zmienić, ale obawiam się, że może mi się trafić jeszcze gorzej :( Przecież tutaj ostatecznie najgorzej nie jest. Chyba najbardziej obawiam się właśnie ludzi, z którymi będę miała mieszkać. Kurcze, jakbym chciała mieć jakiś normalnych, spokojnych współlokatorów, którzy zapraszając gości nie muszą drzeć buźki na całe mieszkanie, którzy nie robią imprez, na których tłuką się butelki i bawią się gazem pieprzowym, którzy nie przychodzą ze znajomymi o 4 nad ranem, którzy sprzątają po sobie w toalecie i łazience! To naprawdę nie jest przecież wiele... Jedna z nielicznych zalet tego mieszkania to lokalizacja. Bardzo lubię tą dzielnicę i pobliskie osiedla, także to na którym mieszkam, a i Poczekajka jest zaledwie dwa przystanki stąd.

Zupełnie nie mogę porozumieć się z bliską mi osobą. Jeszcze niedawno wydawało mi się, że nadajemy na tych samych falach. Rozmawiało nam się ekstra, czasem kilka godzin. Wspieraliśmy się, pocieszaliśmy, potrafiliśmy rozbawić. Mimo że nie zawsze było miło i przyjemnie, to jednak znajdowaliśmy nić porozumienia. Obecnie nie odzywamy się.  Czuję się w pewien sposób oszukana. Pewna obietnica została złamana. Powiedziałam: dość. Najzwyczajniej w świecie nie mam już siły tłumaczyć, że mam uczucia i że nie wolno się bawić czyimś kosztem, trzeba brać odpowiedzialność za słowa, za decyzje... Z drugiej strony BARDZO pragnę, żeby ta znajomość znowu była taka dobra. Brakuje mi jej własnie w takiej postaci jaka była. Nie rozumiem całej tej sytuacji. Wiem, że mojej winy też jest w tym sporo. Moje zachowania też nie zawsze były w porządku. Ale chyba nie aż tak... Naprawdę...nie rozumiem i poddaję się...

Poza tym duchowo...słabiutko.... katechezy się skończyły(bardzo owocne!), próbuję złapać kilka razy w tygodniu Mszę Świętą, ale mam tyle zajęć, że jak wracam to padam ze zmęczenia. Trochę czytam. Teraz papieża Franciszka. Ale jakieś to takie wszystko bez przeżywania. Próbuję rozmyślać nas Słowem, ale nic nie rozumiem, nic nie słyszę, nic mi nie zostaje w pamięci. Nie potrzebuję fajerwerków, nie, nie, ale...chciałabym, żeby było jakoś trochę lepiej.


Chciałabym też, żeby był Ktoś...

Pozdrawiam Was ciepło! I bardzo dziękuję za modlitwę za mnie i słowa pokrzepienia, które otrzymałam przez skrzynkę e-mail. W podziękowaniu do pesymistycznej notatki wrzuciłam wiosenne zdjęcia, które niedawno zrobiłam, mam nadzieję, że Wam się podobają.

pax! ;]

19 marca

...

...

'jesteś odpowiedzialny za to co oswoiłeś'


19 marca

...

Gdzie jest ten świat 

co miał być 

jak dziecka sen. 

13 marca

...

...

właśnie tak się czuję.
jest źle.
pozdrawiam.

23 lutego

doskonali

doskonali
Miałam napisać będąc w domu (po zaliczonym <poprawkowym> kolokwium), ale...nie mogłam się jakoś zebrać. To się chyba niestety nazywa lenistwo. Byłam kilka dni w domu. Wróciłam do Lublina w sobotę (tydzień temu ponad). W minioną niedzielę odwiedziłam znajomego brata zakonnego i byłam na Mszy Świętej w mojej umiłowanej parafii Niepokalanego Sera Maryi i św. Franciszka :) A od poniedziałku znojny czas - praktyka w Domu Pomocy Społecznej dla Osób Niepełnosprawnych Fizycznie. Coś nie coś o tym napiszę, bo to już połowa praktyki za mną. Mój opiekun praktyk, który prawdopodobnie jest pracownikiem socjalnym (nie mam pojęcia kim jest, na pewno jakimś kierownikiem, ale coś więcej...wiem jak się nazywa i tylko tyle) ma indyferentny stosunek do mojej (i jeszcze jednej dziewczyny) obecności tamże. Robimy więc to, co raczej pracując w zawodzie nam się przydarzać zbyt często nie będzie, ponieważ należy to do zadań opiekunów medycznych, terapeutów zajęciowych... czyli pomagamy w życiu codziennym mieszkańcom, w poruszaniu się po domu, tym którym sprawia to trudności, czytamy, gramy, rozmawiamy....i w ogóle umilamy czas naszymi skromnymi osobami ;) Muszę jednak przyznać, że o ile wykonywania zawodu się nie
uczę, to jednak zyskuję dużo dzięki tym ludziom, dzięki każdemu z osobna kogo spotykam. Mimo że znaleźli się wszyscy w jednym domu, to każdy ma inną historię, najczęściej (jeśli nie zawsze) bardzo przykrą i bolesną. Po wielokroć są to ludzkie dramaty. Pomaga mi to z większym optymizmem spojrzeć na swoje życie, na to że jestem zdrowa, że mam sprawne ręce i nie muszę prosić kogoś o podanie szklanki wody czy odebranie mojego telefonu, na to że mam sprawne nogi i nie muszę prosić o zrobienie mi zakupów, mam dobry wzrok i nie muszę prosić o przeczytanie mi jakiegoś artykułu z gazety czy smsa od moich znajomych itd. Mogę wiele, nie jestem ograniczona w żaden sposób. Doceniam bardziej to co mam, a jednocześnie dostrzegam wyraźniej to, czego innym brakuje i jakoś bardziej potrafię sobie wyobrazić co czują ci ludzie i jak bardzo potrzebna jest im moja pomoc. Właśnie muszę przysiąść i uzupełnić dziennik praktyk z całego tygodnia. Praktyki mam do 28 lutego. A później... czas rozpocząć nowy semestr.

Ten czas praktyk jest o tyle jeszcze dobry, że znowu zaczęłam czytać. Wracam z praktyk lekko po południu, więc mam całe popołudnie i wieczór na książki, dla znajomych, na wzięcie oddechu przed nowym semestrem. Kończę czytać "Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń". Następna w kolejce jest "Biblia a nauka" ks. Tomasz Jelonek. A kolejka jest długa... Ale dobrze, że w końcu wzięłam się za czytanie, bo te studia ogłupiają całkowicie i mam wrażenie, że cofam się w rozwoju. W ogóle...coraz mniej podoba mi się ten kierunek, i i i i i....nie wiem co dalej. Coś szukam, coś wymyślam, ale wciąż nie wiem. Brak cierpliwości... Już było z tym znacznie lepiej, ale znowu wszystko bym chciał wiedzieć JUŻ; TERAZ. A przecież wszystko co się dzieje dopuszcza Bóg, który wie po co to wszystko. W tym momencie kocha mnie, nie muszę lepsza, On kocha mnie taką jaką jestem. Skoro jestem w Lublinie, na tym a nie na innym kierunku, to z pewnością jest potrzebne. Po co? Teraz jest zbyt wiele ciemności, ale później- z perspektywy czasu będę mogła na to spojrzeć inaczej, będzie to bardziej wyraźne wszystko.

Tymczasem... jest dobrze, ale mogłoby być lepiej jeśli chodzi o moje małe monikowe życie duchowe. Muszę wyznać bolesną dla mnie prawdę - nie umiem się modlić, a oszukuję się, że umiem. Nie wątpię, że modlitwa różańcowa jest miła Bogu, ale mam świadomość, że to trochę za mało. Chodzi za mną wciąż właśnie mała ilość modlitwy. Denerwujący stan, a zarazem nie wiem jak wziąć się za coś więcej. Wróciłam ostatnio do modlitwy brewiarzowej - jutrznia i nieszpory, ale jakoś muszę jeszcze poeksperymentować z modlitwą i znaleźć tą najlepszą; najbardziej mi odpowiadającą. Akurat modlitwa jest rzeczywistością tak bogatą, jak ludzkie charaktery i historie życia, więc na pewno...w końcu znajdę.

...jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nastaw mu i drugi. Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz. Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące. Daj temu, kto cię prosi, i nie odwracaj się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie.
Trudne są te słowa Jezusa, trudne. Nie mam sytuacji, żeby mnie ktoś bił, czy chciał zabrać mi moją własność, ale mam inne... Sytuacje w których np. ktoś powie mi coś niemiłego, coś co mnie zrani, dotknie, zaboli nie mam ochoty nadstawiać drugiego policzka. Mam ochotę wykrzyczeć temu komuś, że robi to czy coś innego źle, że jego zachowanie jest byle jakie itd. a tym, z którymi dzielę się swoim zranieniem powiedzieć: on taki jest, rani bez żadnych skrupułów, jest pyszny, myśli tylko o sobie... i można by tak bez końca, ale przecież chodzi właśnie o to, żeby powstrzymać te niepotrzebne słowa, żeby powstrzymać nienawiść, a odpowiadać miłością. To jest niełatwe, żeby za każdym razem właśnie w taki sposób postępować, ale to jest doskonałość, do której jesteśmy powołani. Ta doskonałość to zachowywanie Bożych przykazań, czyli myślenie bardziej o drugim niż o sobie. Jezus mówi:
Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski.

Życzę sobie i Wam żebyśmy w tym nowym tygodniu byli choć troszkę bliżej doskonałości, choć w jednym wydarzeniu, choć w jednym czynie, geście, słowie.

pax! ;]

07 lutego

jeszcze trochę...

jeszcze trochę...
Niestety - nadal jestem w Lublinie, a według moich planów właśnie o tej godzinie jadłabym sałatkę brokułową w moim domu. Nie zaliczyłam jednego przedmiotu i muszę siedzieć do wtorku tutaj, żeby poprawić. Ale żeby to chociaż jakiś ważny przedmiot był, a to fakultet, w dodatku niemający żadnych punktów ECTS. Ale dobrze, już wczoraj się wypłakałam i wydenerwowałam. Dzisiaj posprzątałam mieszkanie, nawet swój pokój, co nie zdarza się często, a jutro...zakupy - kupuję sobie nowy telefon. Przez stary nie mogę się dogadać z nikim, bo coś mi głośnik pada, ale można mu wybaczyć, trzy lata ze mną wytrzymał. A wieczorową porą.... brunet....spowiednik. Tak, tak, walka trwa i praca nad sobą także, ale jest ciężko. Tydzień był słabiutki. Ale Jezus uzdrawia. Wierzę w to. No i jeszcze jutro Msza z Neo - trochę poweru się przyda.

Dostałam obiecane książki, w stanie idealnym wręcz! Co za radość! A w związku z książkami dostałam na pocztę e-mail pytanie. Pewna zatrwożona Niewiasta (którą z tego miejsca ciepło pozdrawiam) zapytała mnie: czy wolno nam czytać książki kapłanów, którzy już nimi nie są? To oczywiście w kontekście autora książek, którego wymieniłam pisząc o oczekiwaniu na książki. Tak, można - bo można czytać wszystko i nikt nam nie zabroni, jesteśmy wolnymi ludźmi. Ale z punktu widzenia katolika to: tak, można- jeśli kapłan ten pisał zgodnie z nauką Kościoła. Takie (jak śmiem się domyślać, bo tylko pobieżnie przejrzałam na razie) są książki Rafała Szymkowiaka. Natomiast nie zalecałabym czytania książek kapłanów, którzy pisząc już mieli pewien problem z przyjęciem Bożego Słowa albo nauki katolickiej. Raczej zaszkodzą niż pomogą. Należy też wziąć pod uwagę okoliczności, powód dla którego dany kapłan już nim nie jest. Nie zawsze znamy ten powód. Jeśli chodzi o wspomnianego autora książek, na których widnieje za nazwiskiem skrót OFMcap, to czuje się bezpiecznie. Jeśli chodzi o np. pewnego byłego jezuitę, kapłana suspendowanego to byłabym ostrożna. Może dlatego, że jego 'nauczanie', jest po prostu dla mnie nie do przyjęcia. Cóż... Najlepiej karmić się tym co jest zdrowe. Książki byłego kapłana przeczytam głównie z ciekawości, bo do mnie nigdy nie przemawiał w ewangelizacji slang młodzieżowy, a takim są one napisane. Zobaczymy, czy się coś zmieniło. Oczywiście - wolałabym, żeby to były książki bp. Rysia, ale to byłoby zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe. Książek bp Rysia nikt za darmo nie rozdaje, ludzie JEDNAK się znają... ;)

W ogóle jutro rewelacyjna modlitwa psalmem: Naucz mnie, Panie, mądrych ustaw swoich. Myślę, że te słowa zostaną we mnie na długo. To prosta, ale bardzo konkretna modlitwa. A w Ewangelii Jezus jutro wysyła nas osobno na miejsce pustynne. Wie czego potrzebuję. Bardzo na ten moment potrzebuje pustyni. Nie mogę jej doświadczyć fizycznie- takiego miejsca odosobnionego, bo poprawka, później dom, na stancji współlokatorki, trzeba troszczyć się, żeby mieć co zjeść, itd. Ale w pustynia w sercu. Może to jest to? Może tak trzeba spróbować? Wyjść na pustynie i wypocząć. Ale nasz Mistrz się o nas troszczy! Wysyła nas na odpoczynek. Niesamowity :) Ale...co będzie dalej? Przed czym odpoczywamy? 

Życzcie mi cierpliwości w wytrzymaniu w Lublinie przez jeszcze trochę... 
I szturmujemy niebo za misjonarzy a Afryce, którzy ciągle są w nieciekawej sytuacji.
pax! ;]

01 lutego

modlimy się!

modlimy się!

Oto kilka wiadomości od br. Benedykta OFMCap zamieszczanych na fb, który jest na misji w Afryce.

14 godzin temu:
W Bouar trwają walki - Seleka strzela z broni ciężkiej, ludzi, bardzo dużo ludzi zchroniło sie u nas na misji, prowincjał Serge pisze: ca continue de tirer ici,c'est fort, kontynułuja strzelanie - bron ciężka !!!prosimy WAS o modlitwe, ludzie uciekają .... jestesmy cały czas w kontakcie z naszymi bracmi... kolejene spotaknie o 21 na radiu CB.

13 godzin temu:
Moi kochani ostatni post dzisiaj - 30 samochodów seleki jedzie w stronę Bocarangi, czyli takze w nasza... dzisiaj były poważne strzaly w Bouar, jakis granat wpadł na nasza misje - nikt nie został ranny - jestesmy w gotowosci - gdyby trzeba bylo uciekać - jednak to około 220 km, i najpierw Bocaranga... dziekujemy za modlitwe i wsparcie - mam nadzieje, ze ten konwoj seleki nas ominie.... z Bogiem i do jutra

3 godziny temu:
Wczoraj w godzinach wieczornych seleka zaatakowała Bouar - własnie przed chwila rozmawiałem z Prowincjałem Serge, który powiedział, że strzelano kilka godzin, takze w stronę naszej misji, spalili jeden nasz samochód, wybuchł granat na naszej posesji - nikomu nic sie nie stało - jednak starch był wielki.... prosił nas o to abysmy byli czujni... oto ci którzy mieli zaprowadzić, pokój w tym kraju - smutne, ale prawdziwe, przymierze muzułmanskie....

i pół godziny temu: Seleka jest 10 km od Bocaranga, dostalem te wiadomosc od br. Roberta Wnuka, braci oouscili misje, poszli do brusu. Miasto jest puste. U nas o 11 obiad i pozniej takze my opuszczamy misje. Prosimy Was o modlitwe.

Dlatego bardzo proszę wszystkich, którzy przeczytają ten wpis o modlitwę za braci, za siostry które też tam posługują, oraz za świeckich wolontariuszy i za tamtejszą ludność. Ofiarujcie chociaż chwilę modlitwy albo post, tam naprawdę jest teraz bardzo trudna sytuacja. To bardzo ważne, żeby Kościół był razem, wspierajmy się modlitwą, wspierajmy w tym czasie naszych Braci i Siostry, którzy są w śmiertelnym niebezpieczeństwie.

Więcej informacji: 
http://gosc.pl/doc/1866673.I-tak-was-zabijemy
http://misje.kapucyni.pl/
źródło wiadomości: https://www.facebook.com/benedyktp

pax! i dzięki!

24 stycznia

za mną i przede mną

za mną i przede mną
Brrrr! Zima. Bardzo nie lubię zimy. Po prostu jestem ciepłolubna, układam się zawsze przy grzejniczku, marznę przy temperaturze od 5 stopni (niby ciepła) w dół i bardzo nie lubię jak muszę iść wolno, bo szybkie chodzenie grozi pośliźnięciem a w konsekwencji złamaną nóżką albo gorzej. I nie lubię nosić czapki, bo psuje mi się moja starannie uczesana fryzura, która podobno czy uczesana czy nie wygląda tak samo, ale ja jednak dostrzegam różnice no i włosy szybko robią się tłuste, o fuu. Akceptuję zimę tylko do 6 stycznia, później już nie. Ale...co ja tu mam do gadania. Pocieszam się tekstem z kultowego filmu "Miś": Ja rozumiem, że wam jest zimno, ale jak jest zima, to musi być zimno. Takie jest odwieczne prawo natury" ;)
Semestr trzeci studiowania się skończył, została "tylko" sesja egzaminacyjna, czyli dwa tygodnie wyjęte z życia, ale jestem dobrej myśli. A dzisiaj byłam na zakupach. Wolę nie wspominać ile wydałam i ile kupiłam. Przemilczmy to, bo to jest w sumie mało ważne. Lubię mieć dużo ubrań i ładnych ubrań i drogich ubrań, ale...nie uważam, żebym była jakoś przywiązana przesadnie do tego, gdyby Bóg powiedział: zostaw to. Myślę, że byłabym w stanie zostawić takie przyjemności (a są to przyjemności dla mnie niewątpliwie!) Na szczęście to nie moja konstytucja: "Dlatego strzeżmy się nieuporządkowanego przywiązania do rzeczy ziemskich, a świata używajmy na chwałę Ojca i pożytek Jego dzieci, tak jakbyśmy go nie używali.", ale w sumie to strzegę się tego przywiązania. Najgorzej mi wychodzi w przypadku ludzi, bardzo mocno się przywiązuję i sporo cierpię w związku z tym.

W ostatnim czasie byłam na Eucharystii gościnnie we wspólnocie neokatechumenalnej. Jak już wspominałam niejednokrotnie, bardzo lubię 'naszą Eucharystię', która wygląda tak jak wygląda, ale ta Eucharystia ze wspólnotą, nieróżniąca się aż tak bardzo, jakby się wielu osobom wydawało, jestem bardzo pozytywnie zaskoczona. W ogóle mnie bardzo kręci wiara pierwszych chrześcijan. To taka wiara bardzo 'żywa', bardzo radosna, i bardzo autentyczna. Wiara, która nie pyta: po co? dlaczego? Tylko: jestem Jezu, rób ze mną co chcesz, idę za Tobą, bo mnie wzywasz. Mega! Mnie to pociąga. Najbardziej pociąga mnie to, że ludzie z tych wspólnot są właśnie tacy - autentyczni, oni nie martwią się nazbyt o to co się będzie działo, ufają Jezusowi, bo Jezus jest Panem. Poza tym formacja jest męcząca, czasochłonna, a jednak świeccy ludzie mogą żyć tak bardzo zjednoczeni w Bogu. Nie, nie, to nie jest reklama tej wspólnoty, chociaż uważam że każdy na katechezy może pójść, bo najzwyczajniej w świecie: warto :)

A w przyszłym tygodniu dostanę 8 książek, prawie nówki, za free! Tak, chwalę się, oczywiście. I to takie mega, dwie o św. Klarze (!!!), coś tam o TAU, dwie Rafała Szymkowiaka OFMCap, no i jeszcze jakieś tam... Ale same takie ekstra. Kiedy ja to przeczytam myślę. Po sesji. Na "po sesji" mam już tyyyle zajęć, ale będzie tydzień ferii, jak się uda wszystko ładnie w pierwszym terminie pozaliczać, a później dwa tygodnie praktyk (dlatego lepiej żeby było ciepło, skoro codziennie będę musiała wychodzić z mieszkania).

Ostatnio spowiadam się dosyć często, no wstyd z jednej strony. Ale z drugiej...chodzę po miłosierdzie przecież. Mam stałego spowiednika. Przepracowujemy różne kwestie. Powolutku układam swoje życie, choć ono takie trochę jak niedopasowane puzzle.

A to jest Słowo, które ostatnio we mnie bardzo mocno jest (i działa chyba).
«Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomym - on czy jego rodzice?» Jezus odpowiedział: «Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale [stało się tak], aby się na nim objawiły sprawy Boże.
Kiedy czasem sobie myślę, czemu jestem taka jaka jestem, czyli nie za ładna, nie za fajna, nie za bardzo z tego świata, taka bardziej kosmitna niż Ziemianka - a myślę, że zdarza mi się myśleć w taki sposób częściej niż byłoby to wskazane to właśnie te Słowa ewangelii są tu odpowiednie, są tu odpowiedzią i to jakże fascynującą. To, że ktoś urodził się nieidealny (niepełnosprawny, czy brzydki, czy może mało inteligenty, albo niepotrafiący gotować), nie jest konsekwencją grzechu naszego, czy naszych rodziców. "Stało się tak, aby się na nim objawiły sprawy Boże". I to daje radość! :) Czyż nie? Ewangelia daje radość, wnosi pokój w życie. Dzisiaj się zaczęły rekolekcje, na których chciałam być. Modlę się, aby były owocne, na pewno takie będą, bo Pan Bóg błogosławi tym, którzy to błogosławieństwo chcą przyjąć.

Dobrze, tak więc napisałam trochę o tym co za mną i co przede mną i idę odpoczywać, bo dwa dni intensywnej nauki przede mną - w poniedziałek pierwszy egzamin. A później...kolejne dni wypełnione nauką.

Ach, i zapomniałam Wam powiedzieć, Maryja - Matka Jezusa i nasza Matka jest bardzo troskliwa. Módlcie się na różańcu, cuda się dzieją! :)

pax! ;]

19 stycznia

pełen miłości

"Nasz Pan jest pełen miłości, miłosierdzia, czułości. Nade wszystko jest pełen miłości. Miłości do nas, grzeszników, złodziei, cudzołożników, ludzi fałszywych, do tych którzy zawsze kłamią, do tych którzy kradną i do tych, którzy uprawiają hazard!" 
Kiko Arguello



05 stycznia

Lublin mnie przywitał!

Lublin mnie przywitał!
Wróciłam do Lublina.
Przywitał mnie:
1. brakiem prądu w mieszkaniu - wyłączony przez którąś ze współlokatorek, a co za tym idzie - popsute jedzenie w lodówce (mojego tam prawie nic nie było), i w zamrażarce (a tam już coś i mojego się kurcze znalazło!). Wszystko nadaje się do wyrzucenia.
2. brakiem ciepłej wody. Nie wiem jak to się stało, że jej nie ma i gdzie się podziała, ale po prostu NIE MA. Piecyk gazowy, który jest w łazience jakoś się nie 'rozpala' (nie umiem tego wytłumaczyć, nie mam takiego czegoś u siebie w domu, nie wiem jak to działa, nie wiem czy to się wyłącza i jak, i zawsze boję się jak się włącza, ale wolałabym,żeby jednak działał.)
3. poparzeniem się parą z czajnika (a czajnik jest nietypowy, też takiego nigdy wcześniej nie widziałam, dopiero na tej stancji). Monika Ciamajda. O tak powinnam się nazywać. Ale...nie mów Monia źle o sobie, wystarczy że inni to robią. A trzeba na słowa uważać. Słowa są ważne, słowami można dotknąć, nawet czulej albo nawet boleśniej niż dłońmi.

źródło: http://www.bb365.info/kawiarnia-filozoficzna-szok-i-przerazenie,wydarzenia,idea,2813,,


Wszystko to wydarzyło się w ciągu trzech godzin. Zastanawiam się co będzie dalej...

Żyję jutrzejszą spowiedzią - jedyna nadzieja! Ale dobrze jest być w Lublinie, wie się ze Bracia blisko, Siostry blisko, czego chcieć więcej? :)

pax! ;]

03 stycznia

IMIĘ

IMIĘ
Imieniny dzisiaj obchodzi najbliższa mi Osoba, druga Osoba Trójcy Świętej - Jezus ;) Dzisiaj są Jego imieniny, więc chcę dać Mu jakiś prezent, nawet mam już pewien pomysł.                                                Jan w dzisiejszej Ewangelii daje świadectwo o Jezusie. Jak sobie dzisiaj myślałam na swoim osobistym rozmyślaniu (unikam słowa medytacja, bo pewnie do medytacji to moje rozmyślanie nie dorasta) nad tym Słowem, to przyszły mi do głowy takie oto myśli... Jezus nadchodzi w stronę Jana. Ten moment spotkania dokonuje się właśnie w taki sposób - to Jezus idzie w kierunku człowieka, On robi ten krok. Kiedy dochodzi do spotkania człowiek daje świadectwo o Chrystusie. To świadectwo może być różne, bo różne jest nasze życie, nasza historia. Spotkałam w swoim życiu Jezusa Chrystusa. Jakie daję o Nim świadectwo, czy w ogóle daję? Czy mówię o Nim innym, czy działam tak jak On naucza? To jest dawanie świadectwa o Nim w moim życiu. Tak to widzę. Jeśli spotkałam Jezusa, to nie mogę o Nim nie mówić i nie mogę nie pytać w różnych sytuacjach swojego życia: 'co zrobiłby Jezus?'. To czasem trudne, ale piękne i o to chodzi w tym wszystkim.

Chyba coraz słabiej piszę. Muszę więcej czytać, żeby lepiej pisać.

pax!;]
PS. Pochwalę się, że kartkę z kalendarza zrobiłam prawie sama (tylko szablon kalendarza zapożyczony), pomysł z lupą mój :p

02 stycznia

1.

1.

Pierwsza notatka w 2014 ! W zasadzie to mi obojętne który rok, póki jestem młoda i piękna ;) Sylwestra spędziłam z przystojnym chłopakiem, który od godz 19 do 23.30 jak nie jadł, to płakał, i żadne moje zabawianie nie pomagało, ale można to jakoś usprawiedliwić, bo ma niecałe 4 miesiące.
Czas w domu mija szybko, nie robię zbyt wiele konstruktywnych rzeczy, czasem siedzę z jednym albo drugim dzieciątkiem, i pstrykam zdjęcia, bo gdzie jest tak pięknie jak nie właśnie tu? Założyłam nawet foto bloga (właściwie to mój przesympatyczny dobry znajomy Brat Mniejszy Kapucyn go założył, bo ja jestem informatycznym laikiem), to tylko tak słabo brzmi, ale jest to taka fajna stronka, na której wrzucać będę czasem (postaram się często) zdjęcia mojego autorstwa. Nie spodziewajcie się jakiś arcydzieł, takie tam fotki... Podobno trzeba mieć pasję w życiu, jak się jej nie ma to się ją wymyśla żeby mieć. Link: http://moniquepstryk.tumblr.com


Moim patronem na nowy rok jest św. Jan Apostoł. Och jak się cieszę! Bardzo Go lubię, więc nie będzie problemu w zaprzyjaźnieniu się z Nim. Oczywiście św. Faustynę z roku ubiegłego nie odstawiam na bok, bo polubiłam Ją, a jak kogoś polubię to już jest w moim życiu i koniec.
Postanowienia noworoczne są, a jakże! Związane są z rozwojem (duchowym przede wszystkim, bo to dla mnie najważniejsze!).

Mam troszkę problemu ze zdrowiem, więc łykam tabletki, jeszcze przez prawie miesiąc.
W niedzielę wracam do Lublina, sesja zbliża się wielkimi krokami. Już od 7 stycznia zaczynają mi się kolokwia i jakieś prace zaliczeniowe. Straszne rzeczy. Nadal nie wiem po co mi studia. Nie za bardzo mnie to wszystko interesuje. Ach i jeszcze praktyki, muszę je załatwić szybko po powrocie do Lublina a będą one w lutym. Wszystko te studia mi psują. Naprawdę. Chciałam jechać na rekolekcje, ale żaden z terminów mi nie pasuje. Niepocieszona jestem bardzo. Tak sobie myślę, że gdyby Jezus był tylko na rekolekcjach, to rzuciłabym studia, żeby jechać do Niego. Dobrze, że jednak Jest wszędzie i zawsze. Nawet wtedy gdy grzeszę, nawet wtedy gdy jestem tam, gdzie nie powinnam, ON JEST, a Jego miłość do mnie się nigdy nie zmieni i żaden grzech nie jest w stanie zabić tej Miłości.

A skoro już o miłości...byłam już w życiu i szczęśliwie i nieszczęśliwie zakochana w mężczyźnie i tak sobie myślę, że takie zakochanie to jest nuda :) (nie mówię, że zawsze i że dla każdego, mówię że dla mnie).

W nowym roku życzę wszystkim, żeby spotkali Jezusa :) To jest najlepsze spotkanie jakie może się przydarzyć, a tym, którzy spotkali Go, życzę żeby nie odstąpili Go na krok.
pax! ;]

Copyright © 2016 BożyFreestyle , Blogger