30 lipca

Voyage 1 - relacja

Voyage 1 - relacja
 Uff jak gorąco, puff jak gorąco ;]

Fajnie było, ale się skończyło, choć (na szczęście) nie wszystko! To co najważniejsze jeszcze trwa i ufam, że trwać będzie.
Rekolekcje zakończyły się w piątek, do Lublina wróciliśmy koło 18. Dlatego nocowałam jeszcze w Lublinie, bo nie było czym wrócić i dopiero w sobotę przyjechałam do domu.
Chcę podzielić się z Wami tym co tam się dokonywało, czego słuchałam, co przeżywałam. Poniekąd to moje przemyślenia, a poniekąd jakieś myśli z konferencji, więc już autorstwa nie mojego, ale postaram się odnosić to do swojego życia.

22 lipca

Jezus - Ogrodnik z Kalwarii Pacławskiej
Ładnie się nam to tak zaczęło, we wspomnienie św. Marii Magdaleny.
Ewangelia tego dnia głosi między innymi takie słowa: (Maria Magdalena) ujrzała stojącego Jezusa, ale nie wiedziała, że to Jezus. Rzekł do niej Jezus: Niewiasto, czemu płaczesz? Kogo szukasz? Ona zaś sądząc, że to jest ogrodnik, powiedziała do Niego: Panie, jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie Go położyłeś, a ja Go wezmę. Jezus rzekł do niej: Mario! A ona obróciwszy się powiedziała do Niego po hebrajsku: Rabbuni, to znaczy: Nauczycielu. Bardzo pocieszający i pokrzepiający jest przykład tej oto świętej. Niewiasta, która miała w sobie "siedem nieczystych duchów", czyli zasadniczo można by powiedzieć była (po ludzku) na dnie, została uwolniona od nich przez Jezusa. Prowadziła życie grzeszne, dopóki nie spotkała na swojej drodze prawdziwej Miłości- Jezusa Chrystusa. Przekonała się, że to co wcześniej było w jej życiu to była tylko imitacja miłości, na którą się skusiła, której się chwyciła w desperacji pragnąc bliskości, bezpieczeństwa, miłości. Bliska mi bardzo święta, bo w swoim życiu ja także chwytam się takich właśnie namiastek szczęścia prawdziwego, pragnąc życia pełnego miłości. Zatroskany Jezus jednak zawsze pyta co nas martwi, czym się przejmujemy, choć my go często nie rozpoznajemy, myśląc że to tylko ogrodnik, ktoś mało znaczący, ktoś z naszego "podwórka".

23 lipca 

Bohaterem tego dnia był Abraham Pan rzekł do Abrama: "Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę. Uczynię bowiem z ciebie wielki naród, będę ci błogosławił i twoje imię rozsławię: staniesz się błogosławieństwem. Będę błogosławił tym, którzy ciebie błogosławić będą, a tym, którzy tobie będą złorzeczyli, i ja będę złorzeczył Przez ciebie będą otrzymywały błogosławieństwo ludy całej ziemi". Abram udał się w drogę, jak mu Pan rozkazał, a z nim poszedł i Lot.
Abraham zostawia wszystko i idzie do kraju, który Pan mu obwieścił, że ukaże. On widzi ten kraj z punktu widzenia wiary. Po ludzku - zmysłami, absolutnie nie. Musi zostawić to co widzi sam widzi, swoją organizację życia, wejść w inną.
Wyjść - to podstawowe zadanie każdego z nas, i chyba najtrudniejsze, bo sama decyzja o zostawieniu dotychczasowego życia, dla czegoś co widzimy oczyma wiary jest niesamowicie trudna. Ale właśnie dobrze jest dokonać tego i z odwagą WYJŚĆ, bo Bóg nigdy nie zawodzi.
Na początku trzeba spojrzeć skąd mamy wyjść - zobaczyć swoje pokolenie. Przeanalizować życie swoich rodziców, ich wiarę, zobaczyć jak było u mnie w domu, jak mnie tworzyło to co działo się u mnie w domu. Nie wiem jak to się zaczęło dokładnie, ale ja się modliłam odkąd pamiętam (co chyba jest dowodem na to, że wiara jest łaską). Zwykle to była modlitwa prośby, ale ona zawsze gdzieś tam wieczorem zwykle była. W sumie nie wiem dlaczego, bo mojej rodziny klęczącej raczej nie pamiętam. Na pewno Msza Święta niedzielna i świąteczna była, spowiedź od czasu do czasu - to chyba była ich wiara, której nie śmiem oceniać i nie chcę. Później śmierć mojego taty i kryzys, który stał się wielkim błogosławieństwem dla mnie. I właściwie od wtedy zaczęłam pogłębiać swoją wiedzę religijną i moja wiara zaczęła jakoś wzrastać, no i tak rośnie, rośnie, rośnie... :) Generalnie chodzi o to, aby wyjść z tożsamości rodziców. To ma być moja tożsamość, bo jestem kimś niepowtarzalnym! I kolejne wyjście, to wyjście z subiektywizmu. Pan Bóg nas zna i przed Nim nie musimy zgrywać mega mądrych i wszechwiedzących, co dla nas najlepsze itd. Pan Bóg zawsze trafia w to, czego my najbardziej chcemy.Pozostaje kwestia przyjęcia tego, co On daje. Zaufania Mu. Wtedy człowiek poczuje n a s y c e n i e. Właśnie takie doświadczenie prowadzi nas do spotkania z Bogiem Żywym. Wiary w Boga, który jest Bogiem 'nieobecnym', zmienia się w wiarę w BOGA ŻYWEGO.
Co ciekawe - Pan przychodzi do Abrahama, kiedy ten jest najbardziej udręczony, umęczony, ale On wierzy że Bóg jest w stanie dokonać rzeczy niemożliwych. Jeżeli wypełnię wolę Bożą w swoim życiu, to nie ulęknę się zła, bo Pan będzie ze mną. Kiedy podejmie się trud (a z drugiej strony radość) pełnienia woli Bożej, to nie oznacza to skazania na cierpienie. Początkowo może tak być, że spotka nas wiele przykrości, bólu, doświadczeń trudnych, ale warto zaufać Mu, że to ma sens, bo to co zbuduje się na Bogu, o c a l a.

I bardzo dobre pytanie: czy nie jest przypadkiem tak, że Jezus jest tylko w jednym pokoju naszego serca, a wszystkie inne są zajęte przez zupełnie inne sprawy, osoby? Wprowadzić Jezusa do wszystkich pokoi swojego serca - to sprawi, że stanę się szczęśliwa! :)

24 lipca 

M A R Y J A 
Na to rzekła Maryja: Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa!(Łk 1,38a)
Bóg o c z e k u j e, żeby powiedzieć Mu T A K. Bóg nie gardzi moją historią życia, i Twoją też nie - niezależnie od tego jakie te nasze życiowe historie są. Bóg przychodzi do nas, dlatego że jesteśmy Jego. Dlatego nawet jeśli to nasze życie nie było takie jakie powinno i nie jesteśmy z niego zadowoleni to dobrze by było, abyśmy rozradowali się sobą i spojrzeli na siebie przychylnie. To bardzo ciekawe dla mnie było, gdy usłyszałam o tym, że nie zdajemy sobie sprawy jakim grzechem jest ciągłe narzekanie na swoje życie, że mogło być lepsze piękniejsze, że jesteśmy jacyś wybrakowani, nieudani, że mogliśmy być jacyś inni; fajniejsi. Maryja jest dla nas ideałem. Kiedy poszukujemy ideału, to Ona właśnie jest takim ideałem, na który dobrze by było, abyśmy się zapatrzyli. Ona jest stworzeniem, a nie Bogiem. 
Poza tym, tego dnia Jezus wyszedł z domu i usiadł nad jeziorem. Wnet zebrały się koło Niego tłumy tak wielkie, że wszedł do łodzi i usiadł, a cały lud stał na brzegu. I mówił im wiele w przypowieściach tymi słowami: Oto siewca wyszedł siać. A gdy siał niektóre [ziarna] padły na drogę, nadleciały ptaki i wydziobały je. Inne padły na miejsca skaliste, gdzie niewiele miały ziemi; i wnet powschodziły, bo gleba nie była głęboka. Lecz gdy słońce wzeszło, przypaliły się i uschły, bo nie miały korzenia. Inne znowu padły między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je. Inne w końcu padły na ziemię żyzną i plon wydały, jedno stokrotny, drugie sześćdziesięciokrotny, a inne trzydziestokrotny. Kto ma uszy, niechaj słucha!

Musimy przygotować swoją ziemię, aby przyjąć ziarno- Słowo Boże. Często w moim życiu jest tak, że właśnie pada to Słowo Boże na miejsca skaliste (w moim sercu) i ciężko jest się Mu przebić. Moje serce jest zamknięte. Nie zawsze chcę Go słuchać, bo jest wymagający. Pozwolić Bogu, by działał - to jest bardzo duży wysiłek. To jest zgoda na nieznane i wyraz bezgranicznego zaufania Bogu. Trwać przy Bogu nie jest tak trudno jak wypełnić Jego wolę, często dla nas trudną do przyjęcia.
Maryja staje się taką ziemią, która przyjmuje ziarno. Grzech psuje nam duchowy wzrost, ale Maryja jest bez grzechu. Wchodzi w 'ciemno', czuje niepewność - nie wie jak to się wszystko potoczy.

Jaką jestem ziemią? 

25 lipca

św. Franciszek z Asyżu - postać niesamowicie ważna w moim życiu, dzięki Niemu wiele zrozumiałam z żywej wiary w Boga. Jest to niewątpliwie mój ulubiony święty, mimo że to w jaki sposób często jest przedstawiany mi się bardzo nie podoba. Taki przesłodzony Franciszek, to nie jest ten którego tak bardzo ukochałam. Franciszek, którego kocham, to człowiek który ma ideały, wartości, dąży do tego by zostać kimś. Ma takie pragnienia jak każdy z nas, bo każdy z nas chce być KIMŚ. To jednak co mnie (nie wiem jak Was?) różni od Niego to 
o d w a g a, której on ma w sobie tak wiele, a ja....tak mało. Odwaga w wychodzeniu ku temu, czego chcę; pragnę. Pan Bóg stoi u naszych pragnień, właściwie nad nimi - koryguje te nasze marzenia. I okazuje się, jak z moich obserwacji wynika, że z sytuacji po ludzku przegranej Bóg potrafi wyprowadzić wiele dobra: Franciszek zamiast zdobyć i zwyciężyć, choruje i przegrywa. I w tym właśnie momencie w jego sercu rodzi się c o ś  w i ę c e j. Powoli Pan prowadzi Franciszka i powoli przygotowuje na wszystko, co ma przeżyć. Trzeba dojrzeć, wymaga to trudu i cierpliwości. Pan Bóg ma zawsze rację, a my nie zawsze. Gorące pragnienie i odwaga to jeszcze nie wszystko w wierze trzeba być cierpliwym - wobec siebie samego i wobec Pana Boga, bo Jego myślenie jest inne niż nasze. Duchowość franciszkańska właśnie taka jest - powrót do źródła, do Ewangelii; życie miłością Boga i bliźniego. Franciszek w swojej pokorze mówi: Bóg mój i wszystko! Czy ja przypadkiem nie parafrazuję tych słów mówiąc: to ja jestem bogiem i wszystko jest moje?

Całe te rekolekcje były dla mnie lekcją pokory i bezgranicznego zaufania Panu Bogu. Eucharystia - to było najważniejsze. Coraz bardziej dostrzegam jaka moc płynie z Eucharystii, jak wiele miłości przepływa przez Eucharystię. Na pewno to wszystko co zostało gdzieś wypowiedziane na konferencjach, czy w rozmowach, gdzieś tam we mnie jest i będzie przepracowywane. W pewnym momencie rekolekcji, mimo że wszyscy w "coś" się zaangażowali, ja nie. I jakoś trudno było, jakoś smutno tego wieczora, i później... Chyba zostałam niezrozumiana. To nic, mój smutek też nic, starałam się go odrzucić, bo wiem że od złego pochodzi. Mam nadzieje, że nikt się nie zgorszył moim zachowaniem, że nie sprowokowałam choćby do grzechu obmowy. Bardzo dużo dały mi rozmowy z Klaudią, naprawdę zżyłyśmy się przez ten krótki, ale wyjątkowy czas. Poza tym każdy kto tam był dał mi coś od siebie. Może nie z każdym rozmawiałam dużo, ale z każdym choć chwilę. Był też taki czas, pierwszego wieczoru kiedy siedziałam, a obok siedział Brat, który rekolekcje prowadził i... grał na gitarze. Siedzieliśmy i generalnie nie rozmawialiśmy, było słychać tylko gitarę. To było coś! W takich momentach czuję bardziej troskę Boga o mnie. Bardzo w tym momencie poczułam się kochana przez Boga. W tych trudnych kontaktach z moim rodzeństwem Bóg dał mi "Brata". Dał mi człowieka, który w sumie mógł iść gdzie indziej, ale siedział właśnie tu. Nawet łezka mi się wówczas w oku zakręciła. Piękne to było :) Czas tych rekolekcji to czas Boga ŻYWEGO. Ufam, że zostanie tak już na zawsze. Na razie - trzymam poziom i bardzo się tym cieszę :)


Dziękuję za kapłaństwo Brata Przemka, dziękuję za powołanie ss. kapucynek, nowicjuszki i postulantki też :) Dziękuję za życie każdej z uczestniczek. Dziękuję za ludzi spotkanych podczas tych rekolekcji. 
Bogu najlepszemu niech będą dzięki! Alleluja!


Voyage 2 - zapowiedź 
Wyruszam 4 sierpnia na szlak Pieszej Pielgrzymki Podlaskiej. W tym roku jednak nie pieszo, a autem, w służbie. Będę dbała o zaopatrzenie pielgrzymów, aby niczego im nie zabrakło. Cieszę się z tej służby i wierzę, że dam radę z Bożą pomocą. 
Proszę o modlitwę i jednocześnie wspieram Was nią bardzo mocno.


Pax! ;]

PS. Chwała Panu także za br. Henryka - brata zakonnego, którego w ostatnim czasie poznałam. Są ludzie z którymi rozmawia się pierwszy raz, a dogaduje się tak extra jakby znało się od lat. Właśnie tak z nim się rozmawia. Bogu dziękuję także za niego :)

20 lipca

Voyage 1 - zapowiedź

Voyage 1 - zapowiedź
Jutro wyjeżdżam do Lublina, a w poniedziałek zaczynam kilkudniowe rekolekcje w ok. Przemyśla.


Proszę o modlitwę za mnie oraz wszystkie uczestniczki, a także za prowadzących o otwartość na Ducha Świętego i siebie nawzajem, a także prostotę i szczerość; stanięcie przed Panem i przed drugim człowiekiem takimi jakimi jesteśmy NAPRAWDĘ.

Dzięki!
Pax! ;]

18 lipca

Pan jest łaskawy!

Pan jest łaskawy!
Wczoraj był dzień, który stał się dla mnie kolejną szansą na życie wieczne - dzień spowiedzi świętej. To naprawdę dzień, w którym dostaję nowe życie. Nie ma w tym żadnej przesady. Tak się czuję. Psalm z wczorajszej liturgii dnia idealnie ukazał moją modlitwę po spowiedzi świętej:

Pan jest łaskawy, pełen miłosierdzia


Błogosław, duszo moja, Pana
i wszystko, co jest we mnie, święte imię Jego.
Błogosław, duszo moja, Pana
i nie zapominaj o wszystkich Jego dobrodziejstwach.
On odpuszcza wszystkie twoje winy
i leczy wszystkie choroby.
On twoje życie ratuje od zguby,
obdarza cię łaską i zmiłowaniem.
Dzieła Pana są sprawiedliwe,
wszystkich uciśnionych ma w swojej opiece.
Drogi swoje objawił Mojżeszowi,
swoje dzieła synom Izraela. 

Radość! - z pewnością towarzyszyła mi w czasie spowiedzi świętej. Początkowo było trudno (jeszcze przed), bo już długo nie korzystałam ze spowiedzi przy kratkach konfesjonału, u nieznajomego kapłana. Odbywało się to w rozmównicy u Brata kapucyna, którego zdążyłam już trochę poznać, który już wiedział jak do mnie mówić, na jakim 'etapie' jestem, jakie mam problemy, a z czym sobie radzę świetnie. Przyszłam do siedleckiej katedry, akurat była zmiana dyżuru spowiedników i dyżur rozpoczął wyglądający na mniej więcej 100 lat kapłan (ciekawe ile miał) ;) Miałam obawy a właściwie cały szereg obaw (zarówno takich praktycznych- czy usłyszy i czy będzie mówił na tyle dyskretnie, że nie będą wszyscy wkoło słyszeli, aż po takie dotyczące nauki którą mi da - przecież on kończył seminarium ponad pół wieku temu - jak śmiem twierdzić, to były przecież inne czasy...), ale klęknęłam przed Najświętszym Sakramentem i trwałam na modlitwie za niego i za tę spowiedź, aż nadeszła moja kolej. I wymodliłam szczerą i dobrą spowiedź. Wydawać by się mogło, że taki kapłan nie jest w stanie nic zrozumieć, że to już nie ta epoka, że może i mogłabym się wiele od niego nauczyć, ale historii, że on nie rozumie tego świata, że nie zrozumie moich upadków. Okazało się, że zrozumiał idealnie to wszystko o czym mówiłam i bardzo mi współczuł, że żyję w takich czasach, w których oszukuje się ludzi, rzuca się zanętę; kolorową błyskotkę, a my naiwnie łapiemy się na nią. Na pewno każdy z Was był kiedyś przytulony - przez rodzica, przez brata siostrę, babcie, dziadka, żonę, męża, czy kogokolwiek innego i pamięta jakie uczucia towarzyszą temu aktowi. Właśnie tak czułam się klęcząc i słuchając mądrej i jednocześnie niesamowicie życiowej nauki którą otrzymałam, ciepłego głosu (który wcale nie był zbyt głośny), a to słowne dotknięcie było najbardziej czułe w momencie udzielania rozgrzeszenia.
Teraz jest kolejny etap - postanowienie poprawy, czyli tak po prostu: walka. Walka o każdy dzień trwania w łasce uświęcającej. Jak bardzo jest trudna ta walka, i że rzeczywiście to nie jest walka o miesiąc, czy nawet tydzień, ale o każdy dzień, a niejednokrotnie o każdą godzinę, wie każdy kto na poważnie tę walkę podjął, świadomie odrzucając grzech; którym przecież jest wygodne i przyjemne życie.
Trudne to zmaganie, ale chcę Panie, dla siebie, dla ratowania mojego życia i na chwałę Twoją.

Pan jest łaskawy - wierzę, że w tej walce nie jestem sama, że On uzdalnia mnie do trwania na dobrej Drodze...  (por J 14, 6).

"Ty nas wezwałeś miłosierny Panie, z ciemności grzechu do światła zbawienia"

Pax! ;]

15 lipca

modlitwa, która zmienia wzrok

modlitwa, która zmienia wzrok
Nie pisałam, ponieważ miałam problemy z laptopem. Padł zasilacz, a komputer był nieźle zainfekowany, więc przeszedł generalny 'remont' i teraz śmiga, ku mojej uciesze.

Pierwszy rok studiowania lubelskiego za mną!
Wszystkie egzaminy zdałam i z większości jestem bardzo zadowolona. Indeks i karta egzaminacyjna już
zdana do dziekanatu, do odebrania w październiku. Jestem zadowolona z kierunku, jaki przed rokiem sobie wybrałam. To była optymalna wersja studiowania, żeby mnie zadowolić. Rozmyślałam przez ostatnie tygodnie o tym, czy to nie jest czas, żeby jednak teraz zrezygnować, ale przemodliłam to i doszłam do wniosku, że podjętym decyzjom należy być wiernym. Opinie innych są różne, ale chyba w tej kwestii zaufam bardziej sobie (że dobrze usłyszałam na modlitwie). Nie patrzę na to pod kątem, że będę po studiach, że będę 'miała papierek' (co u mnie w domu jest chyba najważniejsze w studiowaniu i każdy kto nie ma rzeczonego 'papierka' się nie liczy). Nie robię tego dla kogoś, tylko dla siebie i dla ludzi z którymi kiedyś przyjdzie mi się spotkać, mając przekonanie że wierność dokonanym wyborom jest b. ważna, a zdobyta wiedza będzie służyła nie tylko mi, ale i napotkanym ludziom. Trochę mi już brakuje Lublina, a dopiero dwa tygodnie jestem w domu. W domu opiekuję się moim bratankiem, który wczoraj przyjął Sakrament Chrztu Świętego, więc było wielkie święto! Poza tym - eksperymentuję w kuchni, sprzątam, prowadzę rozmowy z mieszkańcami domu (trochę tych ludzi tu mieszka - coraz więcej!), biegam z aparatem cykając fotki całej przyrodzie ożywionej (nieożywionej raczej nie bardzo), czytam dla ducha, wychodzę z uzależnień, walczę z niepożądanymi nawykami, trochę odpoczywam i staram się w tym wszystkim trwać na modlitwie, oprócz tego pamiętając także o specjalnym czasie na spotkanie z Bogiem, bez którego nie mogłabym tak pięknie żyć!

28 czerwca zmarła moja babcia. Śmierć jest częścią życia. Jak słyszymy w prefacji mszy świętej pogrzebowej: "Życie Twych wiernych, o Panie, zmienia się, ale się nie kończy". Wierząc w to nie rozpaczam, choć po ludzku, wiadomo: brakuje człowieka: brakuje rozmów, spojrzeń, gestów.
Jeśli jest ktoś, kto jest w stanie wytłumaczyć mi wystawianie ciała, to byłabym wdzięczna. Nie rozumiem po co mamy patrzeć na zwłoki i jeszcze je całować. Może za dużo już się tego naoglądałam w swoim życiu i to pewien bunt, może... Ale mam przekonanie, że to nie służy ani żyjącym (którzy później mają w pamięci swoją bliską osobę w trumnie i wspominają jak to ładnie wyglądała, 'jakby zasnęła'), ani zmarłemu, bo niby jak? Lepiej zamiast wystawiania ciała i lamentów spotkać się w kościele i się pomodlić. Oczywiście, czasem przy otwartej trumnie jest modlitwa i wtedy to służy zmarłemu (wierzę w to), ale...czy musi ta trumna być otwarta? Jako mała dziewczynka traktowałam ten widok jako widok śpiącego człowieka, dziś wiem że jest to rozkładające się ciało, ciało drogiej nam osoby, ale to już tylko ciało.

Słowo Boga DO MNIE dzisiaj.

To co mówi Bóg jest zawsze aktualne i doświadczam tej aktualności Bożego Słowa za każdym razem. Jezus mówi, że przyszedł przynieść nie pokój, ale miecz. To właśnie wiara i niewiara w Niego poróżniła i wciąż poróżnia syna z jego ojcem, córkę z matką, synową z teściową i sprawia, że nieprzyjaciółmi stają się domownicy dla siebie nawzajem. Widzę to u siebie w domu i w swoim środowisku, zresztą także dowiadując się o różnych sytuacjach w Kościele, że poróżnieni są ludzie: ci którzy wybierają Chrystusa i ci, którzy Go odrzucają. Jestem wśród tych, którzy wybierają Jezusa, ale myślę sobie, że czasem zachowuję się bardziej jakbym należała do tej drugiej grupy: chcę iść niby to za Nim, ale jednak nie dając Mu pełnego dostępu do siebie. Trzeba wracać do pytania o radykalizm. Naprawdę łaską dla mnie był mój niedawny spowiednik, który tak niesamowicie potrafił potrząsnąć mną, żebym o tym radykalizmie sobie przypomniała. Bolesne to przypomnienie, ale jakże zbawienne, pełne troski. Także w tych sytuacjach z życia społeczeństwa czy życia Kościoła. Jezus nie mówi: wybieraj mnie, ale ta decyzja nie ma żadnych konsekwencji i możesz poza tym to robić co chcesz. Jeżeli ktoś ślubował posłuszeństwo swojemu biskupowi, przed Bogiem to nie może z tego się wywinąć w imię Boże. To jest kłamstwo. W tym nie ma ani pokory, ani miłości do bliźnich, którzy są zmuszeni obserwować to. Podobnie: jeżeli ktoś mówi, że Jezus jest Jego Panem, że nie wstydzi się Go, a świadomie prowokuje sytuacje, w których może skłaniać swoich bliźnich do grzechu ("Kto pożądliwie patrzy na kobietę w swoim sercu już dopuścił się cudzołóstwa"), to też jest to okłamanie ludzi. Nie oceniam tych osób raczej chcę na tych przykładach sama uczyć się wierności Bogu i patrząc na swoje życie wyłapywać takie kłamstwa, które szatan wmawia mi że są dobre i właściwe, że dają pewne korzyści bliźnim, że to jest wręcz 'bohaterskie' (tak jak innym wmawia: bo przecież charytatywny czyn, więc w imię pomocy ludziom, albo: bo przecież jestem ludziom potrzebny tu, oni mnie nadal tu chcą). To są podstępy złego ducha.
Wybór Jezusa wiąże się z wiernością Mu.
Dalej Jezus mówi o miłości, o kochaniu Go ponad wszystkich innych. Trudne to do przyjęcia, ale jak św. Augustyn mówił: "gdy Bóg jest na pierwszym miejscu, wszystko inne jest na właściwym miejscu". I właśnie o ten porządek tutaj chodzi. Jeśli najbardziej pokocham Boga, to miłość do moich bliskich będzie pełniejsza, piękniejsza, czystsza, pozbawiona egoizmu. Przyjęcie krzyża też nie jest łatwe, ale konieczne, w innym razie trudno mówić o pójściu za Jezusem. Nie można wejść w to wszystko: w walkę z szatanem, w podjęcie krzyża, w wybór Miłości, bez wejścia w modlitwę. Jak zaczynamy Bogu opowiadać o tym wszystkim co widzimy, co jest złe, czy dobre, co dotyczy mnie, czy innych, co nie wiem jak rozwiązać, to oczyszcza się wzrok. Zupełnie inaczej się na to patrzy, zmienia się to patrzenie, wiem już co mam czynić.


Życzę sobie i wszystkim wejścia w modlitwę, która zmienia wzrok :)
Pax! ;]


Copyright © 2016 BożyFreestyle , Blogger