27 września

za kogo?

za kogo?
Wygląda na to, że to moja ostatnia wakacyjna notatka z tego roku. Kolejną napisze już pewnie ze stancji (o ile uda mi się tam podłączyć do internetu). Zarazem jest to pierwsza notatka tegorocznej jesieni :)

Praktyka studencka minęła spokojnie. Jestem całkiem zadowolona z tych dwóch tygodni. Trochę się opatrzyłam z tym, czym się zajmuje pracownik socjalny, trochę posmakowałam trudów i przyje..yyy...nie, jednak samych trudów tej pracy, o przyjemnościach nie było mowy - no może poza tym uczuciem, że gdzieś trzeba iść. Bardzo lubię to uczucie. Nie wiem czy wiecie, o co chodzi. Takie uczucie - muszę wstać rano, podziękować Bogu za dobry (lub gorszy) sen, za obudzenie się, za nowy dzień,  pościelić łóżko, wyszykować się, i lecieć. To jest bardzo piękne! Obowiązki są naprawdę fajne, moim zdaniem. Pewnie też dlatego, że dzięki nim czujemy się potrzebni. Bardzo współczuję swoim "praktykowym podopiecznym", że są w tak bardzo trudnej sytuacji życiowej, że jeśli już mają tę pracę, to traktują ją jak coś co im bardzo wadzi, co ich ogranicza (w negatywnym tego słowa znaczeniu), nie mają nawet siły i/albo chęci spojrzeć na swoją pracę jako na tę, która daje im pokarm, daje im możliwość oglądania tv, słuchania radia,, umycia się w ciepłej wodzie. Widzą tylko to, że jest biednie, że u "innych jest lepiej", a czasem po prostu u tych innych jest...inaczej. Czasem bieda jest niewidoczna, ale duchowa, czy psychiczna w rodzinie może być dużo bardziej destrukcyjna, dla jej członków.
Jestem już prawie gotowa do wyjazdu do Lublina, choć to dopiero w poniedziałek po południu. Spakowałam prawie wszystko, co zamierzam wziąć. Mam nadzieję, że dobrze będzie mi się mieszkało na nowym miejscu i szybko się zadomowię. Cieszę się tym powrotem na studia, choć... (...)
Jeszcze trochę choruję. Wstrętne choróbsko. Dorwało i mnie, choć mówili że złego diabli nie biorą. Wzięli. Gorączka, kaszel, katar, kichanie, dreszcze... ot... "wisur" jakiś, ale i z nim się uporam.

W ogóle, to... jest dobrze. Czasem ciężko, ale dobrze. Modlę się. Staram się spokojnie wszystko przeżywać, nie tak emocjonalnie jak wcześniej i widzę, że tak jest dużo lepiej. Godzę się też z tym, czego zmienić w swoim życiu nie mogę. Staram się nie osądzać i nie obwiniać innych...pewnie mają swoje powody i swoje racje, aby postępować w taki, a nie inny sposób.
Ostatnio dużo myślałam o różnych formach modlitwy, o przeżywaniu modlitwy, o słowach itd. i stwierdziłam, że dużo lepiej jest modlić mi się we wspólnocie. Nie musi to być modlitwa na głos. Ale kiedy klęczy kilka osób, jest mi jakoś łatwiej się modlić. Rodzi to w moim sercu potrzebę modlitwy dziękczynnej za Kościół. Ale co z tą modlitwą na osobności (biblijnie mówiąc)?
Jest. Jest trudna. Jest piękna. Mam przekonanie, że jest bardziej budująca osobistą relację z Jezusem. Potrzebna tak jak i wspólnotowa. Nie ma- mniej, czy bardziej. Potrzebna MI.
Dzisiaj Jezus pyta najbliższych swoich - uczniów, za kogo tłumy Go uważają. Uczniowie mówią zgodnie z prawdą, że jedni uważają Go za Jana Chrzcielna, inni za Eliasza, a jeszcze inni za proroka. Później pyta: za kogo wy mnie uważacie? I to pytanie jest także do nas.

Za kogo uważamy Jezusa? Te pytania skłaniają mnie do takiej refleksji dzisiaj: mogę uważać człowieka za kogoś zupełnie innego niż jest, jeśli go nie znam. Ostatnio bardzo przykro słucha mi się wypowiedzi na temat pewnej osoby Kościoła, o której źle się mówi, a ja wiem że zupełnie inną osobą jest, niż się mówi... Nie bardzo można coś w takiej sytuacji zrobić. Ale to właśnie daje mi poczucie takiej pewności - ja go/ją znam, wiem. Bóg też wie. Tłumy różnie mówiły o Chrystusie, bo wiedziały "coś tam", czyli w sumie - nic. Tak jest i teraz. Uświadamiam też sobie, żeby nie wypowiadać się na temat osób, których nie znam, które znam tylko powierzchownie. Uświadamiam sobie, że jeśli mam coś powiedzieć na czyjś temat, to musi to być p r a w d z i w e. Inne słowa o kimś są zbędne i niewłaściwe.

Modlę się dziś przez cały dzień tymi słowami psalmu:
Ześlij światłość i wierność swoją,
niech one mnie wiodą,
niech one mnie zaprowadzą na Twoją górę świętą
i do Twoich przybytków.


A w niedzielę jest wielki dzień dla kilku osób. Modlę się za te osoby, podziwiam i patrzę z nutką zazdrości...ufając, że kiedyś i dla mnie będzie taki dzień (tak własnie- tajemniczo :p ).

Dobrze sie miejcie w tym jesiennym czasie i nie chorujcie, ubierajcie się ciepło!
 pax! ;]



10 września

laj laj laj . . .

laj laj laj . . .



"ja, jestem zbyt nisko, by spadać"

08 września

weź krzyż swój

weź krzyż swój
Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem.



Uwielbiam słuchać świadectw! U w i e l b i a m, gdy człowiek mówi, o tym jak s p o t k a ł w swoim życiu J e z u s a Chrystusa, o radości spotkania z NIM, ale też o tym, że pójście za Nim wiąże się z trudnościami. Miałam już wczoraj napisać notatkę, próbowałam jakoś to Słowo zrozumieć, zobaczyć co oznacza dziś dla mnie, ale...no nie bardzo coś potrafiłam "wymyślić", i nie ma się co dziwić, bo to Słowo dociera powoli, na modlitwie, w skupieniu - niekoniecznie my musimy być skupieni na maxa, chodzi raczej o to, aby nasze serce było skupione na Bogu, o to aby nasze serce się modliło :) Nie napisałam wczoraj, nie napisałam dzisiaj przez cały dzień, dopiero teraz... Byłam na Mszy Świętej (to chyba nie jest zaskakujące :p ). W mojej parafii gościł dzisiaj kleryk naszego diecezjalnego seminarium duchownego (wyższego ;) ). Mówił świadectwo swojego powołania...ot...zwykłe świadectwo, trochę seplenił, nie bardzo wiedział jak układać kolejne zdania, ale...to świadectwo właśnie dlatego było takie niezwykłe. To było świadectwo konkretnego człowieka, który spotkał Jezusa. Nie był nazbyt wyjątkowy, szczególnie pobożny, ładny czy fajny. Był po prostu sobą - młodym chłopakiem, z jakimś tam życiorysem. I to jest takie mega, że Miłość nie przebiera, tylko powołuje nas wszystkich, właśnie takich jacy jesteśmy, właśnie stąd gdzie żyjemy, z tymi zdolnościami, zaletami i z naszymi wadami i słabościami; grzechami.
Tak bardzo chcę być Jego uczennicą. To pragnienie jest, ono się nie zmienia, ono trwa i jest jakby dojrzalsze, choć niektóre moje decyzje o tym zupełnie jakby nie świadczyły. Ale decyzja jest dojrzalsza. Na błędach się uczę i widzę, że jedynie Bóg jest w stanie mnie usatysfakcjonować. To odkrycie jest...fajne, przyjemne... Gorzej, jak przychodzi codzienność po takim "odkryciu", a w raz z nią tęsknota, cierpienie, problemy, zmartwienia. Nie noszę swojego krzyża. I tak sobie myślę, że On mówi niewiele, nieraz nic, ale dużo może, a przede wszystkim JEST i będzie. Nie opuści. Ale jest też wybór- żeby nosić swój krzyż, tylko wtedy mogę być Jego uczniem, Jego uczennicą. Trudno jest wziąć ten krzyż, ale..bez tego nie zostanę usatysfakcjonowana, nie będę w pełni szczęśliwa. Zawsze będzie niedosyt...
Wiec wezmę swój krzyż, jeszcze raz spróbuję, zacisnę zęby (albo lepiej- uśmiechnę się) i wytrzymam to wszystko co się dzieje w moim pokręconym życiu, bo On jest moim Nauczycielem, Mistrzem, Panem, BOGIEM.

Weź krzyż swój....

pax! ;]

02 września

piosenka (całkiem zła) o szczęściu

piosenka (całkiem zła) o szczęściu



"Jak się nie ma co się lubi, to nie lubi się i tego co się ma."


Copyright © 2016 BożyFreestyle , Blogger