22 września

nie ma miłości bez zazdrości?

nie ma miłości bez zazdrości?
Jest na tyle krzywdząca, że wymieniana pośród siedmiu grzechów głównych. W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy, że „może prowadzić do najgorszych występków”(KKK 2538), a w innym miejscu, że dziesiąte przykazanie żąda usunięcia jej z serca ludzkiego. Może być nawet grzechem śmiertelnym! To ona rodzi oszczerstwo i smutek. 
Na myśl przychodzą słowa znanej powszechnie piosenki "Nie ma miłości bez zazdrości", ale... czy to prawda? 
Jest zaś rzeczą wiadomą, jakie uczynki rodzą się z ciała: nierząd, nieczystość, wyuzdanie, uprawianie bałwochwalstwa, czary, nienawiść, spór, zawiść, wzburzenie, niewłaściwa pogoń za zaszczytami, niezgoda, rozłamy, zazdrość, pijaństwo, hulanki i tym podobne. Co do nich zapowiadam wam, jak to już zapowiedziałem: ci, którzy się takich rzeczy dopuszczają, królestwa Bożego nie odziedziczą.
Gal 5, 19-21
GDZIE JEST ŹRÓDŁO?
Nie trzeba zbyt wiele rozmyślać nad źródłem tego uczucia (a właściwie całej gamy negatywnych uczuć, które towarzyszą zazdrości). W Ewangelii św. Marka odnajdujemy fragment, który wskazuje wyraźnie: "Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota".
Źródło jest we mnie - w moim sercu, które jest skażone od wieków grzechem. Nie znaczy to jednak, że ta zazdrość, która jest w każdym z nas musi się uzewnętrzniać. To da się powstrzymać, trzeba jednak poznać "przeciwnika". Przypatrzeć się kto gra w jego drużynie. Są takie rzeczy, które sprzyjają zazdrości. Z pewnością niskie poczucie własnej wartości, które spowodowane może być różnymi wydarzeniami z przeszłości: zranieniami, bolesnymi słowami. Wartość człowieka jest niezmienna, jest wielka, ale poczucie wartości poszczególnych osób można obniżyć, a nawet zniszczyć. Być może ktoś kiedyś powiedział mi, bądź swoim zachowaniem dał do zrozumienia, że na nic nie zasługuje, że wszystko co robię jest byle jakie, że nic nie potrafię zrobić dobrze? A może ciągle słyszę, że nie jestem wystarczająco dobry, że jestem beztalenciem i przyczyną wszystkich nieszczęść w rodzinie? Jeśli doświadczenie wartości rodzi zachwyt i wszyscy ludzie wkoło mnie są wartościowi poza mną, to niewątpliwie rodzi zazdrość.
Ci, którzy mają tendencję do nieustannego porównywania się z innymi zagrożeni są bardziej wydostaniem się zazdrości z serca i jej przykrymi konsekwencjami. Zawsze gdy się porównujemy znajdziemy gorszych i lepszych od siebie. Nie będzie wówczas cieszyło nas to kim jesteśmy i co mamy; nasze talenty, umiejętności, dary, miejsce, w którym żyjemy. Rozpali się w nas jedynie zazdrość.
Czasem sytuacja wygląda tak, że choćby zazdrość była uśpiona w naszym sercu  to ktoś inny - celowo bądź nie - ją w nas obudzi - źródło może być w zachowaniu innych. E. E. Schmitt bardzo ceniony pisarz, na kartach swoich książek zawarł między innymi takie słowa: "kretyn budzi zazdrość". Dobre towarzystwo poznać można po tym, że niezależnie od liczby osób, poglądów i spożywanych trunków czujesz się wartościowy. Jeśli ktoś zachowuje się tak, że prowokuje do grzechu (np. zazdrości), to jak trafnie ujął Schmitt, jest kretynem.
"PIĘĆ MINUT" ZAZDROŚCI?
Czy w dzisiejszym świecie zazdrość ma swoje pięć minut? Nic bardziej mylnego! Od grzechu pierwszych ludzi jest ona w naszych sercach. Owszem - czasy są ciężkie dla jakichkolwiek przejawów dobra, bo dobro jest wymagające, a media z każdej strony promują egoizm i wygodę, ale zazdrość to nie żadna nowość.
Biblijna historia Kaina i Abla powtarza się po wielokroć w historii świata. Herod z zazdrości pragnie zgładzić nadchodzącego Mesjasza, i nie waha się zabić wszystkich nowonarodzonych chłopców w Betlejem. Zazdrość to motyw znany także z literatury wielu epok. Rodzi nienawiść, prowadzi do zabójstw, ale też samobójstw - jak w przypadku Wertera, bohatera powieści J. W. Goethe. Jest zgubna.
Począwszy od najmłodszych lat - mały wówczas- człowiek trafia do przedszkola zabierając z domu takie zabawki, jakich w przedszkolu nie ma i jakich koledzy nie mają, aby pokazać, że jest lepszy; pochwalić się (wzbudzić zazdrość - nakręcony przez rodziców). Później okres szkoły i oceny - czwórka to zdecydowanie za mało, wszak było tyle piątek. A piątka to też jeszcze nie najwyższa przecież ocena, były szóstki! Studia - być najlepszym i walka o stypendia. Kariera zawodowa, dom, samochód, uroda, znajomości- wszystko najwyższe, najlepsze, najszybsze, najpiękniejsze a w tym "wyścigu szczurów" zapomina się o najważniejszym - o wartościach. Zazdrość o to, że ktoś ma coś lepszego albo zajmuje wyższe stanowisko zupełnie przesłania to, co ważne i hamuje poszukiwanie odpowiedzi na takie pytania jak: czy mi rzeczywiście jest potrzebne to wszystko najlepsze, największe, najpiękniejsze, najszybsze i czy nie ma wokół mnie ludzi, którzy potrzebują bardziej niż ja? Ale zazdrość nakręca całą machinę i zamiast cieszyć się z sukcesów innych ludzi, w każdym z nich doszukujemy się negatywnych stron, odegrania się, zaszkodzenia - narodziny zawiści. Innymi skutkami zazdrości jest smutek, zniszczenie, zdenerwowanie, kłótnie, przemoc. Zazdrość zabija miłość, a rodzi nienawiść.
Słyszę często pytanie: on się nie modli, nie chodzi do kościoła, a w życiu mu się układa, powodzi. Grzeszy, a i tak ma lżej. Pismo Święte przestrzega przed zazdrością grzesznikom tego, że im się powodzi:
Nie unoś się gniewem z powodu złoczyńców
ani nie zazdrość niesprawiedliwym,
2  bo znikną tak prędko jak trawa
i zwiędną jak świeża zieleń.
(Ps 31, 1-2)
Czy zatem nie ma miłości bez zazdrości? Zazdrość wielu ludziom kojarzy się z miłością, ale prawdziwa miłość jest pozbawiona zazdrości (por. 1 Kor 13,4). Zazdrość w związku występuje w czasie zakochania. Od zakochania do miłości, jeszcze długa droga. A jeśli kochasz i jest zazdrość, to może to nie jest miłość? Albo jest, ale tak bardzo jeszcze niedoskonała?
ŚRODKI ZARADCZE
Co zrobić, aby wyzbyć się zazdrości z serca? Modlitwa - wdzięczności i uwielbienia - za to co mam i kim jestem oraz za tych, którym zazdroszczę. Szczególnie Eucharystia, która sama jest dziękczynieniem. Nierzadko obserwując ludzi, widzę że Ci, którzy nie celebrują eucharystii mają w sobie więcej zazdrości, żądzy odwetu. Są też tacy, którzy przystępując co niedzielę do Komunii Świętej mają serce pełne nienawiści. Nie oceniam, nie wydaję sądów - być może gdyby nie uczestnictwo w Eucharystii - stali by się zbrodniarzami najgorszymi z możliwych.
Znajomość przeciwnika - o czym wcześniej zostało wspomniane w tekście. Jeśli uświadomię sobie swoją zazdrość, łatwiej będzie ją opanować. Jeśli zobaczę w jakich sytuacjach się rodzi i nasila, będę mogła ją kontrolować. Gdy zobaczę jak wiele zła niesie ze sobą, ile istnień ludzkich pozbawiła życia, ile łez wywołała - będę się starać nigdy jej nie "budzić" w sercu a wtedy zamiast chaosu i dramatów będzie pokój, pokój serca.

23 sierpnia

z drogi na Jasną Górę

z drogi na Jasną Górę
Pokonałam właśnie pokusę napisania notatki w punktach. Zbyt wiele ich u mnie, a wcale nie podoba mi się taki styl, choć jest wygodny.
Przed kilkoma dniami wróciłam ze szlaku Pieszej Pielgrzymki Podlaskiej na Jasną Górę. Informowałam o powrocie na mojej fejsbukowej stronie BożyFreeStyle (gdzie lada chwila będzie 200 polubień! Dziękuję! :) ).

Poniekąd czuję się jak obserwatorka całej pielgrzymki. Niewiele miałam w tym roku wspólnego z pieszym pielgrzymowaniem, ponieważ całą drogę jechałam autem - taki rodzaj służby. Moje uczestnictwo w pielgrzymce bardzo różniło się od pielgrzymowania tych, którzy kroczyli pieszo. Nie miałam możliwości wysłuchania pielgrzymkowych konferencji, modlitwy w drodze, doświadczenia wspólnoty. Z pewnością do podobieństw mogę zaliczyć trud. Zarówno piesze kroczenie jak i służba na pielgrzymce wiąże się z ogromnym wysiłkiem. Oczywiście- upały, które trwały przez całe dwa tygodnie, topiący się asfalt i zwiększająca się liczba kilometrów "w nogach" dużo bardziej doskwierały tym, którzy szli. Natomiast ból rąk, kręgosłupa, pośpiech i "ciężka" atmosfera to mój trud pielgrzymowania na Jasną Górę. Nie chcę skupiać się na tym co było trudne, choć chcę wyraźnie zaznaczyć, że spośród moich wszystkich siedmiu pielgrzymek (5 przeszłam pieszo) ta siódma - tegoroczna - była dla mnie najcięższa, momentami "nie do zniesienia".
Myślę, że na samym początku warto wspomnieć o haśle tegorocznej pielgrzymki: "Bądźcie sobie wzajemnie poddani", bo zasługuje na to, aby je powtarzać. Szczególnie, że czasy niejako hołdują egoizmowi. Hasło nawiązujące przede wszystkim do relacji w rodzinie, z której każdy z nas wyszedł i do której założenia większość z nas jest powołana. Bardzo ważny temat w dobie zaprzeczania istnienia miłości (poprzez wzrastającą liczbę rozwodów, in vitro, aborcję, eutanazję). Kiedy kilka miesięcy przed rozpoczęciem pielgrzymki dowiedziałam się jakie będzie hasło naprawdę bardzo się ucieszyłam. Może wynika to z faktu, że sama chcę o tym słuchać, a dalej- głosić innym, w swoim środowisku. Mimo że nie pielgrzymowałam z żadną konkretną grupą, to doświadczałam bardzo dobrych słów, gestów, uśmiechu wielu - przecież studzonych - pątników, a także kilku mocno rozwijających rozmów. Moje życie wzbogaciło się o nowe znajomości, a niektóre z więzi już istniejących wcześniej zostały zacieśnione. Poniosłam też straty - niektórymi znajomościami bardzo się rozczarowałam, inne się zwyczajnie zakończyły. Na samym początku mojego pielgrzymowania zakończyłam też odmawianie Nowenny Pompejańskiej, o której więcej napiszę innym razem. Tym, co mnie bardzo cieszyło była codzienna poranna Eucharystia i wieczorny apel jasnogórski. Skoro świt, można było spotkać się z Bogiem w Słowie, ale też przyjąć Go do serca. Myślę, że dzięki tej Jego Boskiej Obecności we mnie byłam spokojniejsza, mogłam powstrzymać się od zbędnych słów, osądów, od uzewnętrzniania swojego zmęczenia w raniącym inne osoby zachowaniu. Wieczorny apel traktowałam jak spotkanie z Przyjacielem, u którego można się zatrzymać, który wysłucha, poradzi co dalej, przytuli i otrze łzy. Spotkanie z Przyjacielem, przed którym nie trzeba udawać, że jest lekko i przyjemnie. Pewne sytuacje pielgrzymkowe albo z pielgrzymką związane nauczyły mnie tego, że mimo najszczerszych chęci czynienia dobra; mimo dobrych intencji; mimo uczciwości można zostać zrozumianym zupełnie odwrotnie i czasem trzeba się z tym najzwyczajniej pogodzić, co z pokorą staram się czynić.
O pielgrzymce różnie się mówi. Jedni się nią zachwycają i wzruszają, inni krytykują ją. Myślę, że dobre słowa przeważają i zdecydowanie piesze pielgrzymowanie może być uświęcaniem się, ale te słowa, które stawiają pielgrzymowanie w złym świetle nierzadko też są prawdziwe. Można wykorzystać ten czas pielgrzymowania aby przybliżać się do Boga, ale można też uczynić z tego pewnego rodzaju przygodę, niewiele mającą wspólnego z życiem wg Ewangelii, a będącą raczej sprzeciwianiem się Jej.
Cokolwiek by się nie mówiło, kiedy przychodzi moment stanięcia twarzą w twarz z Matką w głowie każdego odżywają intencję, serce każdego zostaje poruszone, nie zawsze może pozytywnie. Czasem może być to poruszenie buntu, pretensji. Ale to jest właśnie Kościół, który kocham - Kościół, który szuka ukojenia, utulenia, ratunku, wysłuchania u Matki. Wierzę w ten Kościół - w tych wszystkich świeckich, te wszystkie rodziny, w te siostry zakonne, braci zakonnych, w tych kapłanów. Wierzę w ten Kościół, który jest tak słaby, że prosi, a jednocześnie tak mocny, że potrafiący się przyznać do słabości.

16 lipca

Wakacyjny MUST HAVE!

  •  w związkach, aby popatrzeć na swój związek i nabrać zdrowego dystansu.
  • Jennifer L. Scott "W domu madame Chic" Taka to książka o pomysłach paryskich na mieszkanie, jedzenie i w ogóle urozmaicenie dnia, aby stał się bardziej wyjątkowy. Nie ze wszystkim co jest w tej książce się zgadzam, ale myślę, że na wakacje kiedy tego czasu dla siebie jest nieco więcej jest to dobra propozycja. Także może stać się inspiracją do tego, aby każdy dzień swojego życia czynić pięknym i wyjątkowym.
  • meLady – nie książka, ale niech będzie w tej kategorii. Jest to czasopismo – nowość na rynku wydawniczym- dla kobiet z wartościami, bardzo, bardzo, bardzo potrzebny magazyn wśród setek tytułów, które niby są dla kobiet, a tak naprawdę dążą do zminimalizowania (albo w ogóle wyeliminowania) różnic między kobietą a mężczyzną, niby walczące o szacunek dla kobiet, a tak naprawdę zachęcające do życia, w którym nie ma miejsca na godność kobiety, niby mające pomóc swoimi poradami, a w rzeczywistości swoimi poradami zachęcające do zdrady, kłamstwa i egoizmu, które nie pomagają, a przysparzają jeszcze więcej problemów. meLady to dwumiesięcznik dla kobiet, które dbają nie tylko o swoje ciało, ale także o duszę.
Rower, rolki, skakanka, hula-hop czy po prostu dobre buty do biegania. Nieważne co, ważne aby się ruszać i to na świeżym powietrzu! Przez długi czas byłam zasiedziałą młodą osobą, która spędzała czas nieustannie w domu, najczęściej przed laptopem pożerając tony słodkości i fast-foodów. Jedna znajomość to bardzo zmieniła. Zaczęłam spacerować i odkrywać, że to jest piękne - aktywność fizyczna w połączeniu z cudowną przyrodą! Teraz głównie spaceruję lub jeżdżę na rowerze i mimo, że moja kondycja nie jest rewelacyjna i czasem w drodze bardzo sobie pod nosem narzekam, to zawsze po wysiłku jest niesamowita radość! Każdą aktywność można urozmaicać. Najbardziej chyba popularne są słuchawki w uszach, ale osobiście za tym nie przepadam (i uważam, że może to być czasem wręcz niebezpieczne). Jeśli chodzi o mój pomysł, co w tle fizycznego wysiłku tu wybieram nasłuchiwanie odgłosów świata. Szczególnie jadąc, biegając czy spacerując po lesie jest to naprawdę relaksujące i uszy wypoczywają ;)
Muzyka – jeśli ktoś już twierdzi, że żyć bez niej nie potrafi (ja w wakacje stronię raczej od muzyki), niechaj weźmie w dłonie dobry krążek, czyli płytę StronyB "z bliska brzydka" i się rozkoszuje 11 historiami, które są tam zapisane. Dla mnie dzieło sztuki, miód na moje uszy, ale też porcja niełatwych opowieści muzycznych, ku lekkiej-nielekkiej zadumie. Druga rzecz muzyczna - znany chyba większości czytelników Mark Knopfler, którego nieustannie darzę niemałą sympatią. Przed kilkoma dniami koncertujący w Polsce (Kraków). Ta muzyka pozwala odpłynąć w jakiś taki lepszy kawałek wszechświata.
Wersja dla kobiet – spódniczki i sukienki! :) (Must have nie tylko wakacji! ) Dziewczyny, kobiety, panny i mężatki! Błagam! Jak najczęściej nośmy spódnice i sukienki. Świat będzie piękniejszy! :)
Telefon – może to być zaskoczenie, ale telefon dla mnie równa się kontakt z tymi, których kocham, z tymi za którymi tęsknię. Kontakt z tymi ludźmi w moim życiu jest jednym z najpiękniejszych jego elementów. Dlatego nie wyobrażam sobie, aby go nie było. Druga ważna rola mojego telefonu – aplikacja Pismo Święte i aplikacja Endomondo ;)
Wypunktowane najważniejsze! Pięknych wakacji życzę Wam wszystkim! :)

10 maja

A w sercu ciągle MAJ!

A w sercu ciągle MAJ!
Na szczęście nie tylko w sercu, ale i w kalendarzu!
To zdecydowanie mój ulubiony miesiąc! Miesiąc, w którym wszystko tak cudownie kwitnie! Miesiąc, w którym świat staje się zielony, w którym powietrze tak pięknie pachnie (nie tylko po deszczu), miesiąc moich ukochanych konwalii i w końcu ciepłych wieczorów. Najistotniejsze jest jednak to, że jest to miesiąc maryjny, a ja uwielbiam nabożeństwo majowe i nigdy się tak dobrze nie dogaduję z Maryją jak właśnie w maju. Tak naprawdę od dzieciństwa chodziłam na nabożeństwa majowe, które odbywały się przy przydrożnym krzyżu w wiosce, z której pochodzę. To znany obrazek w Polsce, a już szczególnie na moim rodzinnym Podlasiu. Chodziłam też na pielgrzymki na Jasną Górę, a w październiku brałam udział w nabożeństwie różańcowym. Różaniec to zresztą jedna z moich ulubionych modlitw.  Jednak duchowość maryjna dopiero od niedawna (rok, może trochę dłużej) staje się mi bliższa niż kiedykolwiek wcześniej. Zawsze wolałam nosić krzyż niż medalik z wizerunkiem Maryi, których miałam wiele. Prędzej czy później wracałam do krzyża. Kiedy dostawałam "święte" obrazki to wolałam te z Jezusem, niż z Maryją. Te niezliczone wizerunki Najświętszej Maryi mnie jakoś rozpraszały, a jedynym wizerunkiem, który mnie przekonywał był ten z Obrazu Jasnogórskiego. Wszystko zaczęło się zmieniać, kiedy dostrzegłam w swoim kościele parafialnym, że w nawie głównej jest obraz Maryi Niepokalanie Poczętej (coś podobnego jak Ta z obrazu Bartolome Estaban Murill). Oczywiście zawsze widziałam ten obraz nawet kiedyś bardzo mi się nie podobał. Ale był taki moment, że ten wizerunek mnie zauroczył totalnie, w jednej chwili, tak mi się spodobał, że po prostu stwierdziłam: Ona jest NAJPIĘKNIEJSZA! A zaraz po tym oświadczyłam przed samą sobą: chcę Ją poznać i chcę być taka jak Ona! Wtedy niechęć do Maryi zaczęła się zmieniać w fascynację Jej Osobą. W pierwszej kolejności szukałam co Pismo Święte o Niej mówi, później przeczytałam Traktat o prawdziwym (doskonałym) nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny (polecam wszystkim bez wyjątku!) i przede wszystkim zaczęłam się modlić przez Jej wstawiennictwo bardziej świadomie. Świadomie widząc Jej piękno. Bardziej Ją poznaję, więc nasza relacja staje się coraz bliższa, coraz cieplejsza. Najbardziej mnie zadziwia tym, że właśnie Ona uczy mnie dzisiaj - w XXI wieku- być piękną kobietą. Ona jest ideałem. A ja chcę być jak najbliżej tego Ideału. Urzeka mnie Jej pokora, oczarowuje mnie piękno Jej serca, w którym wszystko zachowywała, bez zbędnej paplaniny. Wreszcie- porywa mnie Jej odwaga, Jej siła.
Może znacie jakieś dobre książki o duchowości maryjnej, które polecacie?
Jeśli kiedyś przyjdzie mi wyjść za mąż (daj Boże! ;), to na pewno mój ślub będzie właśnie w maju.
Obiecałam sobie, że moje notatki będą krótsze i nie tak wielowątkowe jak dotychczas. Słowa dotrzymuję, a dziś jest taka piękna Ewangelia, że muszę ją Wam tutaj zapodać! Komentarz jest zresztą zbędny!
(J 15,9-17)
Jezus powiedział do swoich uczniów: Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałemWytrwajcie w miłości mojej! Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości. To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna. To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego. Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał - aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje. To wam przykazuję, abyście się wzajemnie miłowali.
Nie sposób nie wspomnieć, że w maju premiera Z bliska brzydka – stronaB (drugi krążek zespołu, o pierwszym pisałam TUTAJ). Już się nie mogę doczekać. Wyczuwam krążek dobrej muzyki. Będzie idealnie się przygotowywało do obrony licencjatu słuchając płyty ;)
Pozdrawiam z nieco deszczowego  dziś Lublina!

16 kwietnia

wysłuchał

wysłuchał
Pamiętam jak kilka lat temu, w jednym z siedleckich kościołów ryczałam jak bóbr przy psalmie, który także dzisiaj śpiewamy w liturgii słowa: Biedak zawołał i Pan go wysłuchał. Pewnie wcześniej go już słyszałam, może nawet nie raz, ale wtedy przemówił on do mnie tak niezwykle mocno, że płakałam i się śmiałam (cieszyłam) jednocześnie. Coś we mnie pękło. To było dla mnie jedno z najbardziej żywych doświadczeń Słowa Bożego.

Uświadomiłam sobie wtedy bardzo mocno Bożą Miłość, jaka ona jest totalnie inna niż miłość ludzka. Ona jest bezinteresowna, darmowa,  nie trzeba o nią zabiegać, nie trzeba o nią walczyć, Bóg chcę wyłącznie abyśmy ją przyjęli. Biedak - w ogóle się wtedy z nim nie utożsamiałam. Pomyślałam sobie nawet, że to jest taki ktoś ostatni, ktoś kogo los jest wszystkim ludziom obojętny, kto jest zupełnie sam i chociaż wówczas byłam w kiepskim stanie i czułam się właśnie podobnie, to pomyślałam sobie, że on jest w jeszcze gorszej sytuacji niż ja. A Pan go wysłuchał. Oczywistym stało się dla mnie, że skoro wysłuchał jego to wysłucha także mnie. I rzeczywiście w niedługim czasie poznałam o.Marka OMI, który zaczął mnie wprowadzać w to, co nazywa się tak naprawdę chrześcijaństwem (czyli po prostu miłość, przejawiająca się w służbie, ale też modlitwa, oddanie się całkowite Jezusowi). Oczywiście pozostaje kwestia tego, na ile otworzyłam się na to, czego mnie uczył, ale to był człowiek, który był mi dany wtedy przez Jezusa, aby mnie uwolnić od ucisku, jaki wtedy był. Spojrzeć z perspektywy kilku lat i to dostrzec i uświadomić sobie co by było gdybym się zastosowała do wszystkich rad mądrego kapłana, gdzie dzisiaj bym była, ilu bym uniknęła problemów, ile zranień. Spoglądam na to z dozą smutku, że tak się nie stało, ale też nadziei, bo oto... dziś znów jest ten psalm. Może nie wywarł na mnie takiego wrażenia jak wówczas. Znów wołam o pomoc, o uratowanie przed wieloma pułapkami świata i znów Pan wysłuchał. I dziś znów Bóg stawia na mojej drodze mądrego kapłana, który daje bardzo konkretne choć trudne zadania/wskazówki. Wystarczy zaufać Bogu i Kościołowi (w osobie tego księdza) i można uniknąć ucisku w przyszłości, uniknąć zranień, zawodzenia się na sobie i ludziach, bólu. Tak wiele i tak zarazem niewiele. Wystarczy odrobina odwagi.

02 kwietnia

jestem jak Cyrenejczyk

jestem jak Cyrenejczyk
Nie lubię takich przerw w pisaniu z kilku powodów. Pierwszy powód jest taki, że muszę uświadomić sobie przyczynę, dla której nie pisałam, czyli po prostu – lenistwo, a to okropnie niewygodne. A drugi jest taki, że po tak długim czasie jest wiele tematów i nie bardzo wiadomo, który poruszyć. Słabo jest pisać o wszystkim na raz, bo robi się takie masło maślane, w którym sama do końca nie wiem o co chodzi. Pogoda sprzyja do pisania o niej, bo pogoda ma to do siebie – lubi być na językach. Jak jest ładna, to aż prosi się wspomnieć jakie to wspaniałe, że słońce, że ciepło, że aż chce się żyć, a gdy deszczowa, to w dobrym stylu byłoby co nieco napisać, że nie motywuje do działania, że przeszkadza na rowerze jeździć i nawet utrudnia sprzątać w domu, no bo brzydka jest i już. A o wiele łatwiej byłoby się jednak przyznać, że to nie pogoda jest brzydka, tylko serce mamy poobijane, jeśli nawet nie rozbite. Krótko mówiąc: nie jesteśmy w pełni szczęśliwi, bo jest nam źle.

Czas Wielkiego Postu dobiega końca. Można powiedzieć, że widać już Święta… nie tylko na sklepowych witrynach, ale i w Kościele – do kratek konfesjonału ustawiają się coraz dłuższe kolejki! Piękny widok! (i Bogu Dzięki, że mam stałego spowiednika. Dla niezorientowanych w temacie – z czym to się wiąże, napiszę innym razem)
Dobry to czas, aby spojrzeć na te minione kilka tygodni, czyli Wielki Post. Na początku było wiele postanowień. Jak zawsze przy okazji Wielkiego Postu. Dziś kiedy kończy się ten czas patrzę wstecz i przyznaję Wam, że okropnie mi głupio. Było tyle postanowień, jedne wielkie inne zupełnie małe i śmieszne. Wytrwałam tylko w jednym, z kategorii tych małych. Nie jestem z siebie zadowolona, choć cieszę się, że chociaż w tym jednym wytrwałam. Poza tym jest przecież kilka sukcesów tego Wielkiego Postu. Nie będę ich wymieniać, bo są to takie małe moje osobiste „wygrane”. Dużo dało mi rozważanie Męki Pańskiej. Bardzo często, na spokojnie wracałam do tych zwyczajowo czternastu stacji. Pozwoliło mi to odnaleźć się na Jego drodze oraz odnaleźć Go na mojej drodze. Dodatkowo wybrałam sobie na czas Wielkiego Postu jako lekturę przewodnią Wspominając błogosławioną mękę, autorstwa o. Raniero Cantalamessa.
Moje odkrycie tegorocznego Wielkiego Postu brzmi: jestem jak Cyrenejczyk. Można spojrzeć na to dwojako. Z jednej strony to postać pozytywna, ponieważ Szymon pomaga Jezusowi dźwigać ciężkie belki, z drugiej – zostaje do tego pięknego czynu przymuszony, co ewidentnie nie stawia go w najlepszym świetle. Można powiedzieć: „przypadek”: przypadkowy człowiek, przypadkowo zaczepiony przez przypadkowych oprawców, aby pomóc przypadkowemu skazańcowi. Ale powołanie Boże rodzi się przed wszystkimi wiekami i któregoś dnia wkracza w bieg życia danej osoby, częstokroć nim wstrząsa i przede wszystkim nadaje temu życiu nową perspektywę. Nie sądzę, że życie Szymona po tym piątku zostało takie same. Stronnice Pisma Świętego nie przekazują nam co działo się z Szymonem po tym dnu, ale mogę się domyślać, że to wydarzenie zmieniło go i odmieniło jego życie. Szymon doświadczający zmęczenia po pracy nie był zachwycony skierowanym na niego przymusem pomocy jakiemuś Skazańcowi. Jednak pomógł. Co mnie łączy z Cyrenejczykiem? Łączy mnie powołanie. Bóg woła przez ludzi, aby – kolokwialnie mówiąc – robić dobro. Czasem to dobro zdarza mi się robić bezinteresownie, ale przecież bywa i tak, że ktoś albo coś (okoliczności) sugerują mi, aby pomóc. A ja… wracam akurat zmęczona po zajęciach z uczelni na stancję. Nie chce mi się, ale pomagam. I raczej się nie zdarza w moim życiu tak, aby pozostało to bez znaczenia. Ta myśl motywuje mnie, aby nie oglądając się na innych i warunki wychodzić pierwsza z pomocą. Bo dobro zawsze wraca.
Dzisiaj jest już Wielki Czwartek. Ustanowienie dwóch sakramentów, które też nie pozostają bez znaczenia w moim życiu. Jutro Piątek i Sobota… Triuduum Paschalne. Po pierwsze, to chciałabym Was zachęcić, abyście o ile to możliwe uczestniczyli we wszystkich tych dniach a po drugie żebyście słuchali. Liturgia Słowa w tych dniach jest bardzo bogata. Po prostu bądźcie i słuchajcie, to Wam pozwoli wejść w świętowanie. A na życzenia wielkanocne…jeszcze przyjdzie czas….

25 lutego

przyjacielskie z Bogiem obcowanie

przyjacielskie z Bogiem obcowanie
"...przyjacielskie z Bogiem obcowanie" to cytat św. Teresy z Avila, która własnie tak mówiła o modlitwie. Z chęcią bym Wam dała jakiś poradnik jakieś vademecum jak się modlić. Zdarza się, że sama chciałabym takie mieć. Ale dawanie wskazówek jak się modlić jest moim zdaniem pomyłką. Mogę opowiedzieć o formach modlitwy, mogę przedstawić rodzaje modlitw, ale to co ja uznaję dla siebie za najlepszą modlitwę, może zupełnie Wam nie odpowiadać. Ach ta radosna różnorodność! Może być też tak, że ktoś z Was zacznie praktykować, którąś z moich ulubionych form modlitwy, a wcześniej jakoś było nie po drodze i powie: Bingo! Tego szukałem przez lata! Bogactwo modlitwy jest tak ogromne, dlatego że modlitwa może być tak różnorodna jak ludzkie charaktery, jak ludzie historie. Warto też powiedzieć na samym początku, że modlitwa nie jest łatwa i chyba większość ludzi napotyka trudności w tej kwestii. Najważniejsze to się nie poddawać.
CZAS (bo on jest zawsze, tylko my nie zawsze potrafimy z niego korzystać)
W porę i nie w porę, a w innym miejscu: nieustannie jak mówi Pismo Święte. Dobrze by było, ale nie zawsze tak jest. Najlepiej się modli i nie jest to tylko moja subiektywna opinia, gdy jest się w stanie łaski uświęcającej. Przyczyna jest prosta. Jak jesteśmy w przyjaznej relacji z jakąś osobą, to dobrze nam się z nią rozmawia i przebywa. A jeśli były między nami jakieś zgrzyty, obraziliśmy tą osobę, zraniliśmy, to tak możemy sobie siedzieć razem, ale głowy spuszczone i trudno będzie słowo wydusić z siebie, bo może nam głupio, może nam przykro, bo może tyle obiecaliśmy, a nie dotrzymaliśmy słowa. I to jest ta wersja bardziej optymistyczna, bo tak naprawdę to jest duża szansa, że do tego spotkania w ogóle nie dojdzie. Nie jest miło spotykać się z osobą, której zadaliśmy ból. Po prostu struta atmosfera. Dlatego najlepiej chyba od tego zacząć – oczyszczenie atmosfery czyli sakrament pokuty- i trwać w tej łasce (nawet jeśli będzie się to wiązać z bardzo częstym przystępowaniem do spowiedzi). Tak naprawdę modlitwa dla mnie od kilku lat, to nie jest tylko czynność poranna czy wieczorna, tylko jest to rzeczywistość, która zespala cały mój dzień. Pompatycznie zabrzmiało, więc może krótko, co mam na myśli: budzę się i mówię do Jezusa, czasem na klęczkach, czasem na leżąco, czasem w biegu między kuchnią a pokojem, albo mieszkaniem a uczelnią, dziękuję że mam kolejny dzień na nawracanie się i proszę o to, żeby Bóg prowadził mnie tego konkretnego dnia. Na uczelni też się modlę, trudno to opisać, ale kiedy coś jest dla mnie trudne w myślach powtarzam: „Któryś za nas cierpiał rany….”, kiedy zaliczę egzamin albo spotkam kogoś, z kim dobrze mi się rozmawia: „Chwała Ojcu i Synowi i Duchowi Świętemu…”, kiedy widzę kogoś kto potrzebuje pomocy, a nie za bardzo wiem jak pomóc, to po prostu modlę się za taką osobę - od razu, żeby później nie zapomnieć.  Jak mnie kiedyś spotkacie, to pomódlcie się za mnie (jak mnie nie spotkacie, to też). Będzie to dla mnie naprawdę cenne. Wracając z uczelni autobusem czasem odmawiam różaniec, czasem odpalam aplikację Pismo Święte i je czytam (szczególnie czytania z dnia), a czasem po prostu myślę sobie o tym co było, co jest i będzie i zadaję Bogu pytania (a mam ich wiele). Po powrocie mam różne czynności, różne działania, wydarzenia jest ich dużo, nie sposób je wszystkie tutaj wymienić, ale staram się je odnosić do Boga, przeżywać z Bogiem. Jasne, że nie jest tak, że non stop myślę o Bogu.  Przecież też grzeszę, niestety. Wieczorem zazwyczaj następuje ten właściwy czas. Siedzę z Nim i rozmawiam. Nie zawsze, bo nie zawsze mi się chce, bo nie zawsze zorganizuję dla Niego czas. On ma Go dla mnie zawsze i zawsze na mnie czeka, aż się zatrzymam i pobędziemy razem tak na spokojnie. A potem powtarzam za świętym papieżem Janem XXIII: „Panie Boże świat jest Twój, a ja idę spać” i…właśnie to robię. Dlatego jest to zespolenie, bo modlitwa łączy wszystko pozostałe w całość, która się nazywa: moje życie.
Napiszę Wam jeszcze taką ciekawostkę, którą kilka lat temu ktoś mi przekazał. Czy 1% to dużo? Chyba każdy powie: obłędnie mało! A teraz popatrz: doba ma 1440 minut. 15 minut to odrobinę więcej niż 1%. A czasem się wydaje, że te 15 minut dziennie dla Niego, to czyste szaleństwo z naszej strony. Życie mamy dzięki Niemu, a dla Niego tego życia nam nierzadko szkoda. Paradoks.
TOP5 modlitw (chyba każdy ma jakieś swoje ulubione modlitwy)
1. Eucharystia!
Trudno to nawet jakoś wytłumaczyć. Jest to Ofiara Jezusa Chrystusa, który jest moim Mistrzem i który bardzo bym tego chciała – żeby był moim Panem. Zbawicielem jest na pewno. Najlepiej przeżywać Mszę Świętą w pełni, czyli w stanie łaski uświęcającej mając możliwość przystąpić do Stołu Pańskiego, aby móc najpełniej doświadczyć Komunii z Bogiem. Eucharystia daje siłę i moc. Tylko wtedy, gdy chcemy celebrować ją wraz z kapłanem mamy szansę ją bardziej zrozumieć. Zawsze o tym mówię przy okazji Eucharystii, ale powtórzę to raz jeszcze: zwróćmy uwagę jak wspaniałe są teksty z mszału, jak czytania mszalne ze sobą dialogują, jak Jezus pozwala nam uczestniczyć w Jego śmierci i zmartwychwstaniu. Pozwala nam karmić się Sobą.
2. Brewiarz (czyli Liturgia Godzin)
Jest to modlitwa Kościoła. Modlą się w ten sposób szczególnie osoby duchowne i konsekrowane. Osoby konsekrowane wręcz żyją w rytm liturgii godzin. To jest głównie modlitwa psalmami, a je na pewno gdzieś tam kiedyś słyszeliście może nawet nie tylko na Mszy Świętej. Można znaleźć różne wersje: czterotomową, jednotomową, brewiarz dla świeckich, ale to wszystko jest to samo, tylko w jednych mniej, w innych więcej. Ja tą modlitwę poznałam ok. 8 lat temu na rekolekcjach. Mam też swój brewiarz (jednotomowy), dostałam go od Grzegorza (od razu zdrowaśka za niego, żeby później nie zapomnieć! ), który obecnie jest klerykiem w seminarium franciszkanów konwentualnych. Wstyd się przyznać, ale nie korzystam z niego zbyt często, odkąd jest aplikacja na telefon. Modlitwa liturgią godzin z „książkowego” brewiarza wiąże się ze skakaniem po całym tomie, przekładaniem wstążeczek i częstymi pomyłkami (ta wersja offline jest dla mnie naprawdę wciąż nie do ogarnięcia). Aplikacja jest wygodna. Wyświetlają się od razu właściwe teksty, choć nie można sobie wybrać tekstów jeśli są jakieś wspomnienia… Brewiarz jest też dostępny w Internecie TUTAJ.
3. Pismo Święte
Nigdy nie podjęłam się przeczytania całego od deski do deski.  To wyzwanie ma na pewno sens i podziwiam ludzi, szczególnie młodych, którzy przeczytali. Zachęcam do tego wszystkich i siebie też. Słowo Boże jest w moim życiu od dawna obecne. Myślę, że coraz bardziej świadomie Je przyjmuję i coraz bardziej się otwieram na przyjęcie tego Słowa. Nasz Bóg jest Bogiem Żywym, więc Jego słowo nie jest martwą literą. On ciągle przemawia. Dla mnie osobiście nie czytać Słowa to nie słuchać Boga. Jeśli mam przed sobą jakieś rozterki, jakieś problemy, jakąś decyzje do podjęcia i nie otwieram Pisma Świętego z pytaniem na ustach: co mam robić? to oszukuję samą siebie, że wierzę w Boga. Zdarza mi się to niestety i wtedy pukam się w czółko i mówię sobie: masz Boga, który działa cuda za Ojca, a się martwisz, niepokoisz i działasz jakbyś była zupełnie sama. Otwierajcie je, a znajdziecie w Nim odpowiedzi na każde Wasze pytanie. Nie zawsze od razu, ale znajdziecie.
4. Adoracja
Nie w każdej aranżacji mi odpowiada, bo niektóre mi utrudniają. Najlepiej w milczeniu ewentualnie ze śpiewnymi przerywnikami. Przerywniki też żeby nie były jakieś takie tam, tylko porządne. Na przykład kanony w duchu Taize. Chodzi o to, że to spotkanie jest chyba najbardziej intymnym spotkaniem z Jezusem dla mnie. Dlatego narzucone mi z góry teksty, po prostu mnie denerwują. Nie wyobrażam sobie sytuacji, gdyby ktoś dał mi kartkę ze scenariuszem rozmowy z przyjacielem i powiedział: to teraz cię do niego zaprowadzę, ale rozmawiajcie wg scenariusza. Dlaczego lubię milczeć na adoracji? Jezus w Najświętszym Sakramencie tak przeszywająco patrzy na mnie; moje życie, moje serce, moje myśli, że nie mam śmiałości mówić. On wie wszystko. On rozbraja mnie swoim spojrzeniem. To spojrzenie jest samą miłością. Jak tak się naadoruje, to wychodzę zupełnie odmieniona. Bardziej ukochana, a tą miłość wtedy przenoszę na innych: mniej złości, mniej mściwości, mniej żalu, mniej zazdrości, więcej po prostu MIŁOŚCI.
5. Różaniec
Za małolata już chodziłam na różaniec, co zawdzięczam mojej koleżance, a właściwie jej babci, która nas zabierała ze sobą. Była to prawdziwa wyprawa, bo do kościoła jest kawałek (ze 3 km), a wkoło lasy i pola. I w październiku tak prawie dzień w dzień. Oczywiście co my na tym nabożeństwie robiłyśmy to już inna sprawa, ale nie zawsze się modliłyśmy. Nie zmienia to faktu, że to wtedy pokochałam tą modlitwę. Była dla mnie bardzo tajemnicza. Szczególnie tajemnice, 
które kojarzyłam sobie z Ewangelią i wydarzeniami z niej. Nie wszystkie potrafiłam odnaleźć w myślach. A powtarzanie tej samej modlitwy było dla mnie czasem własnie na to myślenie o tych wydarzeniach. Jak teraz przeżywam tą modlitwę? Bardzo różnie. Czasem jest to bezmyślne powtarzanie "zdrowasiek", a czasem mam rozważania, i modląc się rozmyślam o nich. Wiem, że ta modlitwa jest bardzo głęboka. A ja tak naprawdę niewiele z niej rozumiem. Wiem też, że jest ona bardzo owocna. Wiele dzięki tej modlitwie w swoim życiu otrzymałam. Nawet jeśli jest to klepanie "zdrowasiek", to nie znamy logiki Bożej, być może zostaniemy zakwalifikowani do nieba, dzięki odklepaniu tysięcy "zdrowasiek", czyli: może ta modlitwa będzie Bogu bardziej miła niż inne nasze modlitwy czy uczynki. Tego nie wiemy.
Tadaaaam! Koniec notatki! Długa, ale mam nadzieje, że dobrze się Wam czytało. Nieważne jak się modlicie, ale pamiętajcie, że "przyjacielskie z Bogiem obcowanie" jest dla każdego, bo każdy z Was, jest Jego przyjacielem (J 15,15) !

19 lutego

zaczątek nowego

zaczątek nowego
Moja koleżanka kilka lat temu przed środą popielcową powiedziała mi: "ale Bóg to chyba lubi, żeby nam było tak ciągle ciężko, bo jak wytłumaczyć te posty nakazane?" (cytat niedosłowny, ale sens zachowany). Można odnieść rzeczywiście wrażenie, że nasz Bóg jest Bogiem, którego raduje nasze cierpienie, bo w Kościele ciągle się mówi o umartwieniu. Wrażenie to jest jednak bardzo mylne. Wszelkie "umartwienia" czy to związane z przykazaniami, czy postem nie są dla Boga, one Mu w niczym nie pomogą, ale one pomagają nam. I nie chodzi o to, że zgubimy brzuszek, choć być może jak ostro będziemy pościć to się to faktycznie stanie, ale samo niejedzenie czy ograniczenie jedzenia to dieta, post jest połączony z modlitwą i jałmużną i tylko wtedy ma sens. Chodzi o to, żeby dokonało się coś więcej. I żeby to coś więcej nie skończyło się w niedzielę zmartwychwstania, ale trwało przez kolejne dni naszego życia. To wszystko pomaga nam zmienić kurs naszego egoistycznego życia na kurs życia miłością.

Jezus przez 40 dni pościł na pustyni (dla tych co nie pamiętają tego fragmentu: Łk 4,1-13). Nie dość że pościł, to jeszcze na pustyni. I pewnie ten fakt sprawił, że takie pokusy Go dopadły. Co więcej te pokusy na pozór miały przynieść dobry skutek: kamienie zamienione w chleb, którym można nakarmić ludzi albo przejęcie władzy przez Jezusa. Ludziom prostym wystarczy prosta pokusa, na każdy haczyk się zaczepią. Takie pokusy jakie miał Jezus są dla ludzi bardzo inteligentnych. Niestety wiele osób daje się oszukać. Wielu mężów daje się oszukać, że musi się poświęcić pracy, zaniedbując żonę i dzieci. Wiele matek daje się oszukać, że dzieci są najważniejsze zaniedbując męża, któremu ślubowały. Tylko relacja z Bogiem i odniesienie do Niego jest w stanie nas uchronić od pokus. Jeśli tak zaczniemy pojmować post, to zobaczymy, że nie potrzebujemy Wielkiego Postu, żeby się ogarnąć; że każdy czas będzie dla nas dobry. Przez pozostałe dni w roku będziemy bardziej odporni na podszepty Złego, będziemy omijać okazje do grzechu, będziemy bardziej wierni. Ale od czegoś trzeba zacząć i ta środa popielcowa może być tym zaczątkiem nowego, lepszego, Bożego życia.
A najlepsza instrukcja jak pościć, modlić się i dawać jałmużnę jest w dzisiejszym Słowie Jezusa:
Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie. Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę, powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy. Przybierają oni wygląd ponury, aby pokazać ludziom, że poszczą. Zaprawdę, powiadam wam: już odebrali swoją nagrodę. Ty zaś, gdy pościsz, namaść sobie głowę i umyj twarz, aby nie ludziom pokazać, że pościsz, ale Ojcu twemu, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.
Życzę sobie i Wam Wielkiego Postu, który zaowocuje nowym - bardziej Bożym życiem!

15 lutego

trędowata

trędowata
Zacznijmy od tego, że mimo iż jestem (póki co) "singielką" to lubię Walentynki. Moja mama też je lubi, dlatego wczoraj rano przed wyjściem do pracy położyła mi przy łóżku czekoladkę w kształcie serduszka. Przyznaję – rozczuliło mnie to niesamowicie. Trochę mnie tutaj nie było, bo po sesji odpoczywałam sobie w północno-wschodniej części Polski stroniąc od Internetu. Pospacerowałam (m.in. brzegiem jezior i Kanału Augustowskiego). Poczytałam (m.in. "Kościół Boga Żywego" ks. Węgrzyniaka). Porozmawiałam (m.in. z moim bardzo dobrym, serdecznym znajomym zakonnikiem). A dziś wieczorem powrót do mojego studenckiego miasta. Czas wracać do studiowania. Ostatni semestr studiów licencjackich przede mną! Jestem taka dorosła…a taka mała.
(Kpł 13,1-2.45-46)
Tak powiedział Pan do Mojżesza i Aarona: Jeżeli u kogoś na skórze ciała pojawi się nabrzmienie albo wysypka, albo biała plama, która na skórze jego ciała jest oznaką trądu, to przyprowadzą go do kapłana Aarona albo do jednego z jego synów kapłanów. Trędowaty, który podlega tej chorobie, będzie miał rozerwane szaty, włosy w nieładzie, brodę zasłoniętą i będzie wołać: Nieczysty, nieczysty! Przez cały czas trwania tej choroby będzie nieczysty. Będzie mieszkał w odosobnieniu. Jego mieszkanie będzie poza obozem.

Czytając takie fragmenty przypominam sobie lekcje j. polskiego w szkole i pytanie polonistki: co autor miał na myśli? Najczęściej moje odpowiedzi nie satysfakcjonowały moją nauczycielkę. Tutaj jednak da się wiele wytłumaczyć, ponieważ te wszystkie być może niejasne sformułowania nie wzięły się znikąd. One mają swoje znaczenie, które kilka lat temu czytając książkę o. Augustyna Pelanowskiego OSPPE „Wolni od niemocy” bardzo mnie zaskoczyło. Spróbuję pokrótce przybliżyć to tłumaczenie i odnieść do siebie i swojego życia.
Nabrzmiałe ciało może oznaczać dumę, zarozumiałość, a także brak przebaczenia. Nie wiem, czy macie takie doświadczenie, że przebaczyliście komuś, słowa to wyrażają, ale serce bardzo cierpi i na tym sercu widać bardzo głęboką ranę, która nie jest zagojona. Drobne poruszenie tej rany wywołuje ogromny ból. Tak jest w moim przypadku. Taka bolesna rana jest tylko jedna na moim sercu, ale ona co rusz zostaje podrażniona przez jakieś zewnętrzne czynniki, które wywołują ból. To może być jakieś zdanie, jakieś wydarzenie, jakieś spotkanie, które sprawia, że rana zostaje rozdrapana i przed oczyma widzę zło, które zostało mi wyrządzone, mimo że upłynęło już wiele lat, mimo że słowami przebaczyłam.
Wysypka to rany, ale też problemy, grzechy. Można się domyślić albo przypomnieć sobie jak się zachowujemy mając wysypkę. Drapiemy. Drapiemy. Drapiemy. Mimo że mama albo mąż/żona  z troską powtarza: „nie drap, bo się nie zagoi”, „nie drap, bo będzie bolało jeszcze bardziej”. Człowiek mający wysypkę w centrum życia stawia swoje własne bolączki, a nie Osobę Jezusa. Jeśli chodzi o ten problem, to muszę Wam się przyznać, że na przestrzeni tych kilku lat, kiedy to mocniej zajęłam się swoim życiem duchowym jest w tym aspekcie znaczna poprawa. Aż tak bardzo nie użalam się nad tym jak mi jest źle, ile ja mam problemów i nie nakręcam się niepowodzeniami. To wszystko jest w życiu każdego. Na jedne wydarzenia mam bardzo duży wpływ, na inne żadnego. Te, na które mam wpływ staram się modelować w taki sposób, aby ich efekt końcowy był jak najbardziej dla mnie korzystny, satysfakcjonujący. Z tymi, na które nie mam wpływu postanowiłam się po prostu godzić. Mimo poprawy, jednak wiele jeszcze jest do przepracowania. Jako wskazówkę dla rozpoczynających przygodę z Bogiem mogę tylko podpowiedzieć, że dobrze nakierowane życie duchowe na samym początku, czyli życie nakierowane na Jezusa, a nie na problemy, jest dużo lepsze i lżejsze. Trochę w myśl zasady: nie mów Bogu, że masz wielki problem, ale powiedz problemowi: mam wielkiego Boga!
Biała plama – to usprawiedliwianie się przed ludźmi i zakrywanie prawdy o sobie. Ponieważ człowiek boi się: co ludzie powiedzą, kiedy dowiedzą się jaki jestem naprawdę. Na pewno są takie obszary mojego życia, które skrywam. To dosyć naturalne, że na pierwszym spotkaniu z nowo poznaną osobą nie będę mówić o swoich słabościach, ale z drugiej strony – przyznawanie się do swoich słabości, jeśli się nawracamy jest niesamowitym świadectwem i motywatorem dla innych. Są w moim życiu obszary, których się okropnie wstydzę.
Włosy w nieładzie, czyli życiowy bałagan, brak porządku, nieład. Oj, znam to doskonale! Moje życie nie jest idealne i poukładane, a każdy detal nie jest starannie zaplanowany i zgodnie z planem realizowany. Mój bałagan związany jest też z wysypką, którą rozdrapywałam przez wiele lat. Rozdrapując rany i skupiając się na nich nie ma czasu na porządkowanie swojego życia. Od kiedy to Jezus jest TYM, na którym chcę się skupiać, dałam sobie większa szansę na to, aby móc porządkować swoje życie. Dobry fundament jest najważniejszy. Jeśli moim bogiem stanie się moje cierpienie, moje problemy, opinia ludzi czy cokolwiek innego, to w moim życiu będzie panował niekończący się bałagan. Coraz bardziej porządkuję to moje życie, ale zdarza się nadal łamanie tego pierwszego przykazania gdy bogów stawiam na miejscu Trójjedynego Boga.
Zasłonięta broda- ktoś kto zasłania brodę albo ją goli to znak osoby pozbawionej godności (oczywiście kiedyś tak było). Tyle się mówi o szacunku i wydaje mi się na pierwszy rzut oka, że szanuję ludzi. Kiedy jednak bardziej przeanalizuję swoje życie i swoje relacje, to muszę stwierdzić, że przecież padło tyle niepotrzebnych słów, które zupełnie z szacunkiem nie mają nic wspólnego. Wystarczy jakiś impuls, jakaś negatywna emocja i sypię niekoniecznie pochlebnymi słowami jak z rękawa.
Rozdarte szaty czyli sprzeczne pragnienia. Przerabiał to już św. Paweł i mówił o tym:  Nie czynię bowiem dobraktórego chcę, ale czynię to złoktórego nie chcę. To dzieje się u wielu z nas, ponieważ każdy z nas grzeszy. Grzesząc jednak nie zawsze chcemy źle. Wyobrażamy sobie jacy będziemy szczęśliwi, gdy popełnimy jakiś czyn. Bardzo często łączę nadzieje, że pomoże mi to w czymś. Choć do końca nie wiem w czym, ale na pewno chcę żeby było dobrze. Tłumaczę sobie i kalkuluję: ile będzie zła, a ile dobra wmawiając sobie przy tym, że dobra będzie więcej.
To jest charakterystyka trędowatego. Ja dzisiaj jestem trędowata. Mam tego  świadomość. Prawie cała ta charakterystyka to charakterystyka mnie i mojego zabałaganionego życia. Słabo byłoby, gdyby na tym moje życie się kończyło. W moim życiu jest jednak Ktoś, Kto cały mój trąd może uzdrowić, jeśli tylko przyjdę i poproszę Go o to.
(Mk 1,40-45)
Pewnego dnia przyszedł do Jezusa trędowaty i upadając na kolana, prosił Go: Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić. Zdjęty litością, wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł do niego: Chcę, bądź oczyszczony! Natychmiast trąd go opuścił i został oczyszczony. Jezus surowo mu przykazał i zaraz go odprawił, mówiąc mu: Uważaj, nikomu nic nie mów, ale idź pokaż się kapłanowi i złóż za swe oczyszczenie ofiarę, którą przepisał Mojżesz, na świadectwo dla nich. Lecz on po wyjściu zaczął wiele opowiadać i rozgłaszać to, co zaszło, tak że Jezus nie mógł już jawnie wejść do miasta, lecz przebywał w miejscach pustynnych. A ludzie zewsząd schodzili się do Niego.
Wystarczy tak niewiele. Wystarczy podejść do Jezusa i powiedzieć Mu o swoim trądzie. Wystarczy powiedzieć Mu o tym, jak źle się żyje z tym trądem. A może wystarczy poprosić: oczyść mnie, bez tłumaczenia... Jezus dotknie mnie i oczyści. To nie jest jakiś jednorazowy życiowy akt. Rzeczywiście może być coś takiego bardziej spektakularnego - ktoś był chory i pod wpływem takiego dotknięcia został uzdrowiony z choroby (duszy bądź ciała), ale oprócz tych szczególnych sytuacji Jezus dotyka mnie za każdym razem, gdy w sakramencie pokuty zostaję rozgrzeszona; oczyszczona. To jest doświadczenie natychmiastowe i zupełnie za free. Tym, którzy znają to tłumaczyć zbyt wiele nie trzeba. Tym, którzy w to nie wierzą chciałabym jakoś to wyjaśnić, ale obawiam się, że słowa będą niewystarczające. Dotyk Jezusa  - jaki on jest? Jest pełen czułości, jest dowartościowujący, przywracający nadzieję, wypełniający miłością, dodający życia, porządkujący to nasze życie. Za każdym razem, gdy na moim ciele pojawia się trąd mogę iść do Jedynego Prawdziwego Uzdrowiciela - Jezusa Chrystusa, który leczy wszystkie choroby. Sakrament Pokuty to sakrament, przez który naprawdę dzieją się cuda! Dlatego polecam Wam sakrament pokuty! Zdaję sobie sprawę, że ta notatka jest długa. Ale jeszcze kilka zdań. Jeśli chodzi o sakrament pokuty, to kiedyś poczynię notatkę na ten temat. Chcę tylko dopowiedzieć, że owszem - nie ma znaczenia jaki ksiądz będzie nas rozgrzeszał (choć najlepiej jednak gdyby był katolicki), ale mimo to dobrze jest poszukać sobie spowiednika, którego nauka będzie dla nas najbardziej owocna. To tak jak z lekarzem czy innym specjalistą. Wybierając go, szukamy na jego temat opinii, pytamy znajomych, czy coś o nim wiedzą, o jego cechy charakteru. Pewnie dla niektórych będzie lekko szokujące to co napiszę, ale życie wieczne jest milion razy bardziej ważne niż zdrowie. Dlaczego więc ludzie bez namysłu idą do kratek konfesjonału? Nie zastanawiając się jaki kapłan tam na nich czeka, nie modląc się za niego, nie modląc się o dobrą spowiedź. Rozgrzeszenie będzie ważne jeśli tylko zostały spełnione przez nas warunki sakramentu pokuty, ale nauka którą usłyszymy może nas przybliżyć do Boga albo od Niego oddalić, może dać nadzieje, ale może też zranić. Dlatego zatroszczmy się, o lepsze przeżywanie sakramentu cudów!

30 stycznia

Vol. 1

Vol. 1
Korzystając z magicznego czasu sesji egzaminacyjnej chcę Wam zaproponować, abyście poznali (lub odświeżyli sobie – jeśli ktoś zna) genialny zespół grający dobrą chrześcijańską muzykę. Zauważyłam, że ostatnio muzyka to popularny temat na blogach, więc troszeczkę postanowiłam się zainspirować tymi wszelakimi muzycznymi notatkami. Różne są gusta i o nich dyskutować nie będziemy, bo to jest jasne, że każdemu może podobać się co innego, więc szkoda marnować energii na taką przewidywalną dyskusję. Napiszę o tym, co podoba się mi, co wprawia mnie w rewelacyjny nastrój, a powtarzanie tekstów piosenek tego zespołu wyraża w jakiś sposób to co jest we mnie.
Kiedyś szalałam za oazowo-pielgrzymkowymi pioseneczkami. Zresztą wciąż czuję do nich sentyment - szczególnie do tych pielgrzymkowych (pielgrzymowanie piesze na Jasną Górę jest wpisane w moje życie jak (z góry przepraszam za trywialne porównanie) dżinsy albo jak biała czekolada, czyli da się bez tego żyć, ale...co to za życie).  Może wiecie, a jak nie to Was doinformuję, że chrześcijańska scena muzyczna ma się całkiem nieźle, co więcej – stale się rozwija. Coraz to nowi artyści pod pseudonimami, które nierzadko biorą się od imion biblijnych postaci albo są splotem słów kojarzących się kościelno-biblijno-religijnie tworzą muzykę, piszą teksty, śpiewają, grają, tworzą. Nie każdemu się udaje wybić. Wynika to na pewno z różnych powodów (które znamy, lub nie), nie zawsze to jest brak możliwości wokalnych, czasem to brak środków finansowych, innym razem brak odpowiedniego zaangażowania i ilości pracy włożonej w muzyczny projekt. Znam jedną taką grupę, która maksymalnie zawróciła mi w głowie.  Nie zawaham się napisać o tym zespole, choć ubogie będą moje słowa wobec bogactwa jakie prezentuje ten zespół.

StronaB

pł2

  1. Muzyka – gdy tylko słyszę pierwsze nuty od razu wpadam w coś w stylu transu powodującego optymalną radość (nie mylić z głupkowatą wesołkowatością). Jest właśnie taka jak lubię. Nie jest patetycznie, nie jest też przesadnie ostro. Nie lubię jednolitości, nie lubię stateczności, lubię dynamizm, który ma w sobie muzyka StronyB. Dominujące typowo rockowe brzmienia przeplatają się ze spokojnymi dźwiękami.
  2. Teksty - są rewelacyjne! Są tak genialne w swojej prostocie, że najzwyczajniej brakuje słów. To co można o nich powiedzieć, to na pewno to, że są proste, a jednocześnie bardzo głębokie - tak głębokie, jak niezgłębione jest serce człowieka. Jeśli Twój gust muzyczny nie pozwala Ci ich słuchać, to chociaż poczytaj teksty. Coraz częściej i coraz bardziej odnajduję się właśnie w tych tekstach. W zasadzie mało jest tekstów muzycznych, w których spostrzec mogę siebie. Te są tak życiowe, że po prostu bardziej się nie da. A życie wiadomo jakie jest. Czasem trudne do określenia. Wokal - szczególnie  Klaudia - po prostu mistrzostwo świata!
Czym byłby zespół z muzyką i tekstami, ale bez osobowości? Nie było mi dane nigdy poznać ekipy ze StronyB, choć ks. Arsen ("od którego wszystko się zaczęło" - jak mówią członkowie zespołu) jest naszym wspólnym znajomym, a i pewnie jeszcze kilka osób by się znalazło wśród wspólnych znajomych, niemniej jednak na każdym internetowym kroku, gdzie pojawiła się StronaB czuje się ten wyjątkowy klimat, wyjątkowy w swojej normalności. Rzadko się to zdarza na muzycznej scenie (tej chrześcijańskiej też).
Garść linków, które się mogą przydać:
StronaB - STRONA INTERNETOWA
StronaB - FACEBOOK
Chrześcijańskie Granie - MIEJSCE, GDZIE MOŻESZ KUPIĆ PŁYTĘ - DEBIUT
StronaB - i  - piosenka zapowiadająca nowy album, na który czekam z niecierpliwością (mając nadzieję, że grono zniecierpliwionych powiększy się wraz z moją notatką - propagandą )
A jakie są Wasze muzyczne gusta? Jeśli chcesz, podziel się w komentarzu! PS. Nie musi być tak bardzo chrześcijańsko, może być nieco bardziej pogańsko. A tych, którzy czują się lekko zawiedzeni, że nie była to muzyczna lista przebojów, informuję, że wszystko przed nami...
PS2. ZAPRASZAM NA FACEBOOK'OWĄ STRONĘ TEGO BLOGA. Będzie mi niezmiernie miło, gdy dołączysz do tej społeczności i zaprosisz swoich znajomych. Zachęcam gorąco i dziękuję! LINK: Boży FreeStyle 

22 stycznia

słodycz duszy i ciała

słodycz duszy i ciała
Sesja i czas przed sesją to zdecydowanie nie najlepsza chwila na pisanie długich rozważań. Dlatego od razu nadmieniam, że będzie długo... (taki element zaskoczenia ) Przyjęłam taką taktykę – zdanie pracy licencjackiej, trzy zdania notatki, zdanie pracy, trzy zdania notatki… (możecie się domyślić jak mi idzie pisanie pracy). Dodatkowo w bloku, w którym mieszkam w Lublinie ktoś przyjemnie rzępoli na gitarce, co czyni ten wieczór wyjątkowo rozkosznym. Mimo nie najlepszego samopoczucia, nie odpuszczam: ani modlitwie, ani studiom, ani blogowi.

Ostatnio bardzo polubiłam herbatę z miodem (i to wcale nie za sprawą Plastra Miodu o. Szustaka, a dobrych rad mojej kochanej Mamy)  Swoją drogą słodkie życie sporo kosztuje. Za słoiczek miodu (400g) płacę prawie 10 złotych. Biorąc pod uwagę fakt, że taki słoiczek wystarcza mi na 2 tygodnie to jak na studencki budżet burżujski produkt. Sens tej wypowiedzi jest taki, że kiedyś miód był dla mnie czymś odrzucającym, czymś czego nie chciałam, a teraz jest prawdziwą słodyczą.
Nie wiem dlaczego nie ma w zakładce O mnie bardzo ważnej informacji, że jestem po uszy zakochana w św. Franciszku z Asyżu. To bardzo ważna informacja, ponieważ duchowość franciszkańska jest bardzo mocno wpisana w moje życie. Być może, w swoim życiu też doświadczasz czegoś, co jest dla Ciebie przykre. Może to być jakaś sytuacja, może to być osoba, może to być coś, czego się boisz, coś przed czym uciekasz. Nie będę opisywać w tym momencie tego, co dla mnie było goryczą, bo po pierwsze nie mam aż tyle czasu, a po drugie musiałabym poruszyć zbyt intymne kwestie i zarówno ja bym się z tym źle czuła i Wy z niesmakiem byście patrzyli na takie nadmierne wywewnętrznianie się.
„Mnie Bratu Franciszkowi, Pan dał tak rozpocząć życie pokuty: gdy byłem w grzechach, widok trędowatych wydawał mi się bardzo przykry”
Franciszek, którym tak się zachwycam też miał coś "przykrego". Dla niego nieprzyjemny był widok trędowatych. Warto uzmysłowić sobie na samym początku, że każde doświadczenie daje nam Pan. W różnych doświadczeniach Pan zaprasza nas do wejścia na drogę. Ta droga nie zawsze będzie prosta i przyjemna. Może być ona trudna, bolesna, ale to Bóg zaprasza. Oczywiście - katolicy, którzy jakoś bardziej są zaangażowani, może ich rozwój duchowy jest level wyżej zgadzają się teoretycznie, aby przyjąć zaproszenie do tej drogi z Bogiem. Tyle że tutaj teoretyczna zgoda niewiele zmienia. To trzeba przyjąć w znaczeniu - zacząć doświadczać, a nie hipotetycznie podejmować. Franciszek to był taki gość, jakich pełno wokoło, zresztą ja też jestem trochę właśnie taka - chce być kimś ważnym. Czyli klasyczny przykład egoistycznego zapatrzenia w siebie (ludzie mają to chyba we krwi, odkąd zakazany owoc do tego krwioobiegu się przedostał). Taki stan życia wyłącznie dla siebie (nie daję nic innym i nawet nie pragnę dawać) nie trwa zazwyczaj non stop (choć pewnie i tak bywa). O co chodzi z tymi trędowatymi? Okazuje się, że trędowaci, których Franciszek się tak boi, których unika (zresztą jak całe społeczeństwo, które ich odrzucało i uznawało za ukaranych za grzechy) są jego lustrzanym odbiciem. On boi się spojrzeć w to lustro, ponieważ boi się zobaczyć siebie - prawdziwego. Odwaga wejścia w to z Bogiem jest potrzebna i to nie będzie łatwe przeżycie. Jezus wprowadzi Cię w to miejsce w Twoim życiu, w które nie chcesz wejść, pokaże Ci co jest Twoim trądem (trędowatym), dla tej sytuacji, tej Twojej słabości okaże swoje nieskończone miłosierdzie. Ty zapewne poczujesz smak goryczy w zderzeniu z tym nieakceptowalnym dla Ciebie tematem, ale jest to konieczne. Nie próbuj uciekać od tego gorzkiego smaku. Go trzeba poczuć, tak naprawdę, poczuć tą gorycz. Ją  będzie się czuło przez cały czas, dopóki nie zaakceptujemy faktu, że świat ma już Boga, i że my nim nie będziemy. Dopóki nie przestaniemy ustanawiać swojego prawa jako zamiennika prawa Bożego. Sami sobie wmawiamy, że potrafimy zrobić coś, aby przestać czuć gorycz w naszym życiu, a jeśli nie sami sobie wmawiamy, to znajdą się tacy, którzy będą nam podpowiadać, że oni usuną gorycz z naszego życia. Nie dajmy się im oszukać. Nie ma słodyczy dostępnej poza Bogiem.
"I sam Pan wprowadził mnie między trędowatych i okazywałem im miłosierdzie. I kiedy odchodziłem od nich, to co wydawało mi się gorzkie, zmieniło mi się w słodycz duszy i ciała; i potem nie czekając długo, porzuciłem świat"
Ipse Dominus - sam Bóg wprowadził Franciszka między trędowatych. Franciszek rezygnując z dotychczasowego swojego życia wchodzi w nową rzeczywistość, zaczyna widzieć więcej niż czubek własnego nosa; zaczyna żyć dla trędowatych. Powtórzę to jeszcze raz - potrzebne było doświadczenie goryczy, trzeba było otworzyć swoje serce na właśnie takie gorzkie doświadczenia. PAN JEST SŁODYCZĄ i ten fakt zmienia Franciszka, Franciszek doznając goryczy spotykając trędowatych, wchodząc w relację z nimi czuje Boga - słodycz. I wtedy jest gotowy "porzucić świat", ponieważ Bóg jakby udowodnił, że właśnie takie działanie jest dobre. Także upewnił Franciszka w tym, że poprowadzi Go we wszystkim. I nam też Bóg chce wlać w serce taką pewność. Dlatego zachęcam Cię abyś odważnie uklękną nad tymi Twoimi gorzkimi miejscami, bo tylko Bóg w Kościele może dać Ci słodycz duszy i ciała. A jej bardzo pragnie każdy człowiek.
Ta historia ma ciąg dalszy. Ale moja notatka się już kończy.
Trudno mi ostatnio usłyszeć Boga w Słowie. Dlatego też nie opisuję tego Słowa, ale namawiam aby je czytać, najlepiej codziennie, i jeśli tylko macie w sobie chęci (jak uważacie, że nie macie, to może Wam się tylko wydaje, że nie macie, zastanówcie się głębiej, może odnajdziecie je) to rozważajcie, medytujcie, słuchajcie. Skoro nie rozumiem jakiś Słów, to wierzę, że zrozumienie przyjdzie z czasem. Skoro nie słyszę Pana w Słowie, to nie znaczy, że On nie mówi. Mówi także w inny sposób- w wydarzeniach, w osobach, także w ciszy - i to działanie Boga ostatnio jest bardzo dla mnie widoczne. Wypatrujcie Go uważnie, bo On przychodzi.

16 stycznia

ludzie wiary

ludzie wiary
Cześć Wam w Dniu Miłości! Nie to nie walentynki, to piątek – jak każdy piątek, każdego tygodnia. Największe Święto Miłości i to Miłości idealnej.



Zabrało się tyle ludzi, że nawet przed drzwiami nie było miejsca. Ci, którzy byli na konferencji czy kazaniu o. Szustaka potrafią sobie wyobrazić mniej więcej, jak to mogło wyglądało (ponoć właśnie tak jest). Ja na szczęście nie byłam i nie wiem. Na szczęście, bo 1. Zdecydowanie wolę homilie o. prof. Andrzeja Derdziuka OFMCap, dotychczas byłam jego cichą fanką, a wraz z tą notatką dowiedział się o tym świat, no i niech wie  2. nie lubię tłumów (z jednym wyjątkiem: tłumem pielgrzymów idących na Jasną Górę). Od kilku dni Ewangelie opowiadają o uzdrowieniach, wczoraj trędowaty… dzisiaj paralityk. Dobrze się mi ich słucha. Paralityka przynosi kilka osób, a że nie mogą drzwiami wejść, ponieważ na drodze swojej napotykają tłum, to nie poddają się, chcą aby doszło do tego spotkania za wszelką cenę – odkrywają dach i taką drogą spuszczają łoże, na którym leży paralityk. Jezus, widząc ICH wiarę rzekł do paralityka: Synu, odpuszczają ci się twoje grzechy.
Paralityk nic nie powiedział, nie poprosił o nic, nie wyznał wiary, nie przyszedł do Jezusa. Musiało zależeć na nim tym, którzy go przynieśli, ale to nie wszystko. Oni mieli wiarę i to dzięki ich wierze Jezus go uzdrowił (duchowo i fizycznie).
Przy okazji tej Ewangelii zamyśliłam się nad tym jacy ludzie mnie otaczają, czy są to ludzie, którzy prowadzą mnie do Jezusa, z którymi mogę sobie ot tak przy herbacie porozmawiać o Nim. Teraz gdy jestem zdrowa na ciele i na duchu (nawracam się) sama chcę i mogę spotykać się z Jezusem to nie martwię się tak o przyszłość i nierzadko nie doceniam teraźniejszości. Powtarzam jak Piotr: Choćby wszyscy zwątpili, ale nie ja!, a przecież wiemy co było potem… Niektórych rzeczy nie da się przewidzieć. Dlatego kiedy myślę o moich znajomych, przyjaciołach, rodzinie, to zastanawiam się, czego mogę się po nich spodziewać i czy gdy z różnych przyczyn nie będę w stanie spotkać się z moim Bogiem (także w sakramentach), to czy oni mnie do Niego „zaniosą”. Jaki stan niemożności mam na myśli? Powody mogą być różne: począwszy od choroby, która mogłaby uniemożliwić mi samodzielne pójście do sakramentu pokuty oraz przyjęcie Komunii Świętej, po niemożność duchową – być może coś/ktoś jest w stanie odłączyć mnie od Niego. Nie wiem, ale wiem, że "pewność niepewna" – jak mawiał poeta ks. Twardowski. Bardzo bym wtedy chciała (nawet jeśli stracę zmysły i będę mówić inaczej) być przy NIM, spotykać się z NIM, wracać do NIEGO. Dlatego, kiedy tak jeszcze raz przewertuję sobie w głowach te wszystkie imiona i nazwiska jakie w moim życiu miałam sposobność spotkać jako prawdziwe osoby to odnajduję w nich nieliczną grupę, która by na pewno próbowała drzwiami, a może – któż to jest w stanie odgadnąć- i dachem zanieść mnie, aby pokazać Jezusowi.
Druga strona medalu jest taka: czy obecnie; dziś jestem człowiekiem wiary, człowiekiem Boga, który tych, którzy umierają (fizycznie czy duchowo) prowadzę do Źródła życia, czyli Chrystusa. Jeśli ktoś opada z sił, to ja jako wierząca chcę przybliżyć jak najbardziej Jezusa tej osobie, bo wiem, że tylko On ma moc uzdrowienia. Chcę tak czynić. Czy tak się rzeczywiście dzieje? Przyznaję, że różnie. Bliskim mi osobom jakoś łatwiej, tym którzy są obcy (choć to, że są „obcy” to kłamstwo, jeśli jesteśmy w jednym Kościele) przychodzi mi to z większym trudem, jeśli w ogóle. Intrygująca jest świadomość, że Bóg widząc moją wiarę, moją miłość do drugiego człowieka, może go uzdrowić. Nie zawsze zdaję sobie sprawę z tego faktu.
Chcę dziś Panu Bogu ofiarować wszystkie swoje relacje, te które były, te które są, jak i te, które będą. Nie tylko myślę w tym miejscu o dobrych relacjach. Myślę też o tych, a może i szczególnie właśnie o tych, które moje życie przewróciły do góry nogami oraz o tych ludziach, którym to ja życie przewróciłam. Czyli o relacjach, gdzie króluje egoizm.
Życie DLA to dziś niemodna idea. Może zmienimy modę życia egoistycznego, na przykazanie miłości?

10 stycznia

bo jesteś JEGO

bo jesteś JEGO
Droga do Betsaidy jest trudna. Ewangelista opisuje, że zapadł wieczór a wiosłowanie było uciążliwe. Betsaida to miejsce, gdzie Jezus przywróci wzrok niewidomemu w sposób, który bardzo mi się nie podoba i najchętniej wyrzuciłabym ten fragment z Pisma Świętego, bo dla mnie jest ohydny - śliną na oczy (o fuu!). Zawsze kiedy to czytam zadaję pytanie Panu Jezusowi- czy nie można było jakoś estetyczniej.
Lubię natomiast te fragmenty Pisma Świętego, kiedy mogę bezpośrednio czerpać pomysły na życie od Mistrza, z Jego zachowania, z czynów. Jezus odchodzi, aby się modlić (Ewangelista dalej wspomina o tym, że Jezus został sam).
ODEJŚĆ, aby spotkać się z Bogiem. Jasne, że modlitwa, jest wtedy, kiedy myślimy o Bogu, kiedy rozmawiamy z Nim, kiedy odmawiamy różaniec nawet w autobusie, uczestniczymy w Eucharystii, ale są takie chwile, że trzeba odejść. Odejść od ludzi, rozmów, hałasu. Zostać sam na Sam z Bogiem. Nieczęsto udaje mi się tak odejść, aby zostać tylko z Nim. Jednak moje niewielkie, ale realne doświadczenie w tej kwestii podpowiada mi, że takie odejścia są bardzo owocne.
Mam dreszcze gdy wyobrażam sobie siebie w sytuacji uczniów na jeziorze w drodze do Betsaidy. Środek jeziora, ciemny wieczór, trud wiosłowania, wiatr "w oczy". Drżę, bo doskonale znam ten stan i wydaje mi się, że większość ludzi to zna. Tak w życiu bywa, że mamy gorsze dni.
Strach. On jest wręcz paraliżujący. Jeśli się boisz - zapraszasz szatana do swojego serca. Strach przez życiem, Bogiem, śmiercią, piekłem, szatanem. To ma naprawdę wpływ na naszą wiarę. Może jesteś właśnie w takim stanie- ciemności, niepewności, zmęczony życiem i okolicznościami, które wciąż są przeciwko Tobie. Chcę Ci powiedzieć coś bardzo ważnego, brzmiącego może jak slogan, ale to jest najbardziej pewny tekst na świecie: On Cię nie zostawi. On przyjdzie do tej Twojej ciemności. Bo jesteś JEGO. I powie, to co do przerażonych uczniów: "Odwagi, Ja jestem, nie bójcie się!" , a Jego słowo ma moc.
Niegdyś o. Marek - oblat, którego Bóg postawił w moim życiu pięć lat tamu powiedział mi, że na morzu jest taka zasada: w czasie sztormu nie płynie się do brzegu, zawsze na głębię. I tą regułę należy stosować w życiu duchowym - zawsze kiedy przeżywasz trudności, kiedy jesteś doświadczany to na głębię. Jak się okazało podczas mojego największego życiowego sztormu - bardzo słusznie, nie rozbiłam się i żyję!
Copyright © 2016 BożyFreestyle , Blogger