30 stycznia

Vol. 1

Vol. 1
Korzystając z magicznego czasu sesji egzaminacyjnej chcę Wam zaproponować, abyście poznali (lub odświeżyli sobie – jeśli ktoś zna) genialny zespół grający dobrą chrześcijańską muzykę. Zauważyłam, że ostatnio muzyka to popularny temat na blogach, więc troszeczkę postanowiłam się zainspirować tymi wszelakimi muzycznymi notatkami. Różne są gusta i o nich dyskutować nie będziemy, bo to jest jasne, że każdemu może podobać się co innego, więc szkoda marnować energii na taką przewidywalną dyskusję. Napiszę o tym, co podoba się mi, co wprawia mnie w rewelacyjny nastrój, a powtarzanie tekstów piosenek tego zespołu wyraża w jakiś sposób to co jest we mnie.
Kiedyś szalałam za oazowo-pielgrzymkowymi pioseneczkami. Zresztą wciąż czuję do nich sentyment - szczególnie do tych pielgrzymkowych (pielgrzymowanie piesze na Jasną Górę jest wpisane w moje życie jak (z góry przepraszam za trywialne porównanie) dżinsy albo jak biała czekolada, czyli da się bez tego żyć, ale...co to za życie).  Może wiecie, a jak nie to Was doinformuję, że chrześcijańska scena muzyczna ma się całkiem nieźle, co więcej – stale się rozwija. Coraz to nowi artyści pod pseudonimami, które nierzadko biorą się od imion biblijnych postaci albo są splotem słów kojarzących się kościelno-biblijno-religijnie tworzą muzykę, piszą teksty, śpiewają, grają, tworzą. Nie każdemu się udaje wybić. Wynika to na pewno z różnych powodów (które znamy, lub nie), nie zawsze to jest brak możliwości wokalnych, czasem to brak środków finansowych, innym razem brak odpowiedniego zaangażowania i ilości pracy włożonej w muzyczny projekt. Znam jedną taką grupę, która maksymalnie zawróciła mi w głowie.  Nie zawaham się napisać o tym zespole, choć ubogie będą moje słowa wobec bogactwa jakie prezentuje ten zespół.

StronaB

pł2

  1. Muzyka – gdy tylko słyszę pierwsze nuty od razu wpadam w coś w stylu transu powodującego optymalną radość (nie mylić z głupkowatą wesołkowatością). Jest właśnie taka jak lubię. Nie jest patetycznie, nie jest też przesadnie ostro. Nie lubię jednolitości, nie lubię stateczności, lubię dynamizm, który ma w sobie muzyka StronyB. Dominujące typowo rockowe brzmienia przeplatają się ze spokojnymi dźwiękami.
  2. Teksty - są rewelacyjne! Są tak genialne w swojej prostocie, że najzwyczajniej brakuje słów. To co można o nich powiedzieć, to na pewno to, że są proste, a jednocześnie bardzo głębokie - tak głębokie, jak niezgłębione jest serce człowieka. Jeśli Twój gust muzyczny nie pozwala Ci ich słuchać, to chociaż poczytaj teksty. Coraz częściej i coraz bardziej odnajduję się właśnie w tych tekstach. W zasadzie mało jest tekstów muzycznych, w których spostrzec mogę siebie. Te są tak życiowe, że po prostu bardziej się nie da. A życie wiadomo jakie jest. Czasem trudne do określenia. Wokal - szczególnie  Klaudia - po prostu mistrzostwo świata!
Czym byłby zespół z muzyką i tekstami, ale bez osobowości? Nie było mi dane nigdy poznać ekipy ze StronyB, choć ks. Arsen ("od którego wszystko się zaczęło" - jak mówią członkowie zespołu) jest naszym wspólnym znajomym, a i pewnie jeszcze kilka osób by się znalazło wśród wspólnych znajomych, niemniej jednak na każdym internetowym kroku, gdzie pojawiła się StronaB czuje się ten wyjątkowy klimat, wyjątkowy w swojej normalności. Rzadko się to zdarza na muzycznej scenie (tej chrześcijańskiej też).
Garść linków, które się mogą przydać:
StronaB - STRONA INTERNETOWA
StronaB - FACEBOOK
Chrześcijańskie Granie - MIEJSCE, GDZIE MOŻESZ KUPIĆ PŁYTĘ - DEBIUT
StronaB - i  - piosenka zapowiadająca nowy album, na który czekam z niecierpliwością (mając nadzieję, że grono zniecierpliwionych powiększy się wraz z moją notatką - propagandą )
A jakie są Wasze muzyczne gusta? Jeśli chcesz, podziel się w komentarzu! PS. Nie musi być tak bardzo chrześcijańsko, może być nieco bardziej pogańsko. A tych, którzy czują się lekko zawiedzeni, że nie była to muzyczna lista przebojów, informuję, że wszystko przed nami...
PS2. ZAPRASZAM NA FACEBOOK'OWĄ STRONĘ TEGO BLOGA. Będzie mi niezmiernie miło, gdy dołączysz do tej społeczności i zaprosisz swoich znajomych. Zachęcam gorąco i dziękuję! LINK: Boży FreeStyle 

22 stycznia

słodycz duszy i ciała

słodycz duszy i ciała
Sesja i czas przed sesją to zdecydowanie nie najlepsza chwila na pisanie długich rozważań. Dlatego od razu nadmieniam, że będzie długo... (taki element zaskoczenia ) Przyjęłam taką taktykę – zdanie pracy licencjackiej, trzy zdania notatki, zdanie pracy, trzy zdania notatki… (możecie się domyślić jak mi idzie pisanie pracy). Dodatkowo w bloku, w którym mieszkam w Lublinie ktoś przyjemnie rzępoli na gitarce, co czyni ten wieczór wyjątkowo rozkosznym. Mimo nie najlepszego samopoczucia, nie odpuszczam: ani modlitwie, ani studiom, ani blogowi.

Ostatnio bardzo polubiłam herbatę z miodem (i to wcale nie za sprawą Plastra Miodu o. Szustaka, a dobrych rad mojej kochanej Mamy)  Swoją drogą słodkie życie sporo kosztuje. Za słoiczek miodu (400g) płacę prawie 10 złotych. Biorąc pod uwagę fakt, że taki słoiczek wystarcza mi na 2 tygodnie to jak na studencki budżet burżujski produkt. Sens tej wypowiedzi jest taki, że kiedyś miód był dla mnie czymś odrzucającym, czymś czego nie chciałam, a teraz jest prawdziwą słodyczą.
Nie wiem dlaczego nie ma w zakładce O mnie bardzo ważnej informacji, że jestem po uszy zakochana w św. Franciszku z Asyżu. To bardzo ważna informacja, ponieważ duchowość franciszkańska jest bardzo mocno wpisana w moje życie. Być może, w swoim życiu też doświadczasz czegoś, co jest dla Ciebie przykre. Może to być jakaś sytuacja, może to być osoba, może to być coś, czego się boisz, coś przed czym uciekasz. Nie będę opisywać w tym momencie tego, co dla mnie było goryczą, bo po pierwsze nie mam aż tyle czasu, a po drugie musiałabym poruszyć zbyt intymne kwestie i zarówno ja bym się z tym źle czuła i Wy z niesmakiem byście patrzyli na takie nadmierne wywewnętrznianie się.
„Mnie Bratu Franciszkowi, Pan dał tak rozpocząć życie pokuty: gdy byłem w grzechach, widok trędowatych wydawał mi się bardzo przykry”
Franciszek, którym tak się zachwycam też miał coś "przykrego". Dla niego nieprzyjemny był widok trędowatych. Warto uzmysłowić sobie na samym początku, że każde doświadczenie daje nam Pan. W różnych doświadczeniach Pan zaprasza nas do wejścia na drogę. Ta droga nie zawsze będzie prosta i przyjemna. Może być ona trudna, bolesna, ale to Bóg zaprasza. Oczywiście - katolicy, którzy jakoś bardziej są zaangażowani, może ich rozwój duchowy jest level wyżej zgadzają się teoretycznie, aby przyjąć zaproszenie do tej drogi z Bogiem. Tyle że tutaj teoretyczna zgoda niewiele zmienia. To trzeba przyjąć w znaczeniu - zacząć doświadczać, a nie hipotetycznie podejmować. Franciszek to był taki gość, jakich pełno wokoło, zresztą ja też jestem trochę właśnie taka - chce być kimś ważnym. Czyli klasyczny przykład egoistycznego zapatrzenia w siebie (ludzie mają to chyba we krwi, odkąd zakazany owoc do tego krwioobiegu się przedostał). Taki stan życia wyłącznie dla siebie (nie daję nic innym i nawet nie pragnę dawać) nie trwa zazwyczaj non stop (choć pewnie i tak bywa). O co chodzi z tymi trędowatymi? Okazuje się, że trędowaci, których Franciszek się tak boi, których unika (zresztą jak całe społeczeństwo, które ich odrzucało i uznawało za ukaranych za grzechy) są jego lustrzanym odbiciem. On boi się spojrzeć w to lustro, ponieważ boi się zobaczyć siebie - prawdziwego. Odwaga wejścia w to z Bogiem jest potrzebna i to nie będzie łatwe przeżycie. Jezus wprowadzi Cię w to miejsce w Twoim życiu, w które nie chcesz wejść, pokaże Ci co jest Twoim trądem (trędowatym), dla tej sytuacji, tej Twojej słabości okaże swoje nieskończone miłosierdzie. Ty zapewne poczujesz smak goryczy w zderzeniu z tym nieakceptowalnym dla Ciebie tematem, ale jest to konieczne. Nie próbuj uciekać od tego gorzkiego smaku. Go trzeba poczuć, tak naprawdę, poczuć tą gorycz. Ją  będzie się czuło przez cały czas, dopóki nie zaakceptujemy faktu, że świat ma już Boga, i że my nim nie będziemy. Dopóki nie przestaniemy ustanawiać swojego prawa jako zamiennika prawa Bożego. Sami sobie wmawiamy, że potrafimy zrobić coś, aby przestać czuć gorycz w naszym życiu, a jeśli nie sami sobie wmawiamy, to znajdą się tacy, którzy będą nam podpowiadać, że oni usuną gorycz z naszego życia. Nie dajmy się im oszukać. Nie ma słodyczy dostępnej poza Bogiem.
"I sam Pan wprowadził mnie między trędowatych i okazywałem im miłosierdzie. I kiedy odchodziłem od nich, to co wydawało mi się gorzkie, zmieniło mi się w słodycz duszy i ciała; i potem nie czekając długo, porzuciłem świat"
Ipse Dominus - sam Bóg wprowadził Franciszka między trędowatych. Franciszek rezygnując z dotychczasowego swojego życia wchodzi w nową rzeczywistość, zaczyna widzieć więcej niż czubek własnego nosa; zaczyna żyć dla trędowatych. Powtórzę to jeszcze raz - potrzebne było doświadczenie goryczy, trzeba było otworzyć swoje serce na właśnie takie gorzkie doświadczenia. PAN JEST SŁODYCZĄ i ten fakt zmienia Franciszka, Franciszek doznając goryczy spotykając trędowatych, wchodząc w relację z nimi czuje Boga - słodycz. I wtedy jest gotowy "porzucić świat", ponieważ Bóg jakby udowodnił, że właśnie takie działanie jest dobre. Także upewnił Franciszka w tym, że poprowadzi Go we wszystkim. I nam też Bóg chce wlać w serce taką pewność. Dlatego zachęcam Cię abyś odważnie uklękną nad tymi Twoimi gorzkimi miejscami, bo tylko Bóg w Kościele może dać Ci słodycz duszy i ciała. A jej bardzo pragnie każdy człowiek.
Ta historia ma ciąg dalszy. Ale moja notatka się już kończy.
Trudno mi ostatnio usłyszeć Boga w Słowie. Dlatego też nie opisuję tego Słowa, ale namawiam aby je czytać, najlepiej codziennie, i jeśli tylko macie w sobie chęci (jak uważacie, że nie macie, to może Wam się tylko wydaje, że nie macie, zastanówcie się głębiej, może odnajdziecie je) to rozważajcie, medytujcie, słuchajcie. Skoro nie rozumiem jakiś Słów, to wierzę, że zrozumienie przyjdzie z czasem. Skoro nie słyszę Pana w Słowie, to nie znaczy, że On nie mówi. Mówi także w inny sposób- w wydarzeniach, w osobach, także w ciszy - i to działanie Boga ostatnio jest bardzo dla mnie widoczne. Wypatrujcie Go uważnie, bo On przychodzi.

16 stycznia

ludzie wiary

ludzie wiary
Cześć Wam w Dniu Miłości! Nie to nie walentynki, to piątek – jak każdy piątek, każdego tygodnia. Największe Święto Miłości i to Miłości idealnej.



Zabrało się tyle ludzi, że nawet przed drzwiami nie było miejsca. Ci, którzy byli na konferencji czy kazaniu o. Szustaka potrafią sobie wyobrazić mniej więcej, jak to mogło wyglądało (ponoć właśnie tak jest). Ja na szczęście nie byłam i nie wiem. Na szczęście, bo 1. Zdecydowanie wolę homilie o. prof. Andrzeja Derdziuka OFMCap, dotychczas byłam jego cichą fanką, a wraz z tą notatką dowiedział się o tym świat, no i niech wie  2. nie lubię tłumów (z jednym wyjątkiem: tłumem pielgrzymów idących na Jasną Górę). Od kilku dni Ewangelie opowiadają o uzdrowieniach, wczoraj trędowaty… dzisiaj paralityk. Dobrze się mi ich słucha. Paralityka przynosi kilka osób, a że nie mogą drzwiami wejść, ponieważ na drodze swojej napotykają tłum, to nie poddają się, chcą aby doszło do tego spotkania za wszelką cenę – odkrywają dach i taką drogą spuszczają łoże, na którym leży paralityk. Jezus, widząc ICH wiarę rzekł do paralityka: Synu, odpuszczają ci się twoje grzechy.
Paralityk nic nie powiedział, nie poprosił o nic, nie wyznał wiary, nie przyszedł do Jezusa. Musiało zależeć na nim tym, którzy go przynieśli, ale to nie wszystko. Oni mieli wiarę i to dzięki ich wierze Jezus go uzdrowił (duchowo i fizycznie).
Przy okazji tej Ewangelii zamyśliłam się nad tym jacy ludzie mnie otaczają, czy są to ludzie, którzy prowadzą mnie do Jezusa, z którymi mogę sobie ot tak przy herbacie porozmawiać o Nim. Teraz gdy jestem zdrowa na ciele i na duchu (nawracam się) sama chcę i mogę spotykać się z Jezusem to nie martwię się tak o przyszłość i nierzadko nie doceniam teraźniejszości. Powtarzam jak Piotr: Choćby wszyscy zwątpili, ale nie ja!, a przecież wiemy co było potem… Niektórych rzeczy nie da się przewidzieć. Dlatego kiedy myślę o moich znajomych, przyjaciołach, rodzinie, to zastanawiam się, czego mogę się po nich spodziewać i czy gdy z różnych przyczyn nie będę w stanie spotkać się z moim Bogiem (także w sakramentach), to czy oni mnie do Niego „zaniosą”. Jaki stan niemożności mam na myśli? Powody mogą być różne: począwszy od choroby, która mogłaby uniemożliwić mi samodzielne pójście do sakramentu pokuty oraz przyjęcie Komunii Świętej, po niemożność duchową – być może coś/ktoś jest w stanie odłączyć mnie od Niego. Nie wiem, ale wiem, że "pewność niepewna" – jak mawiał poeta ks. Twardowski. Bardzo bym wtedy chciała (nawet jeśli stracę zmysły i będę mówić inaczej) być przy NIM, spotykać się z NIM, wracać do NIEGO. Dlatego, kiedy tak jeszcze raz przewertuję sobie w głowach te wszystkie imiona i nazwiska jakie w moim życiu miałam sposobność spotkać jako prawdziwe osoby to odnajduję w nich nieliczną grupę, która by na pewno próbowała drzwiami, a może – któż to jest w stanie odgadnąć- i dachem zanieść mnie, aby pokazać Jezusowi.
Druga strona medalu jest taka: czy obecnie; dziś jestem człowiekiem wiary, człowiekiem Boga, który tych, którzy umierają (fizycznie czy duchowo) prowadzę do Źródła życia, czyli Chrystusa. Jeśli ktoś opada z sił, to ja jako wierząca chcę przybliżyć jak najbardziej Jezusa tej osobie, bo wiem, że tylko On ma moc uzdrowienia. Chcę tak czynić. Czy tak się rzeczywiście dzieje? Przyznaję, że różnie. Bliskim mi osobom jakoś łatwiej, tym którzy są obcy (choć to, że są „obcy” to kłamstwo, jeśli jesteśmy w jednym Kościele) przychodzi mi to z większym trudem, jeśli w ogóle. Intrygująca jest świadomość, że Bóg widząc moją wiarę, moją miłość do drugiego człowieka, może go uzdrowić. Nie zawsze zdaję sobie sprawę z tego faktu.
Chcę dziś Panu Bogu ofiarować wszystkie swoje relacje, te które były, te które są, jak i te, które będą. Nie tylko myślę w tym miejscu o dobrych relacjach. Myślę też o tych, a może i szczególnie właśnie o tych, które moje życie przewróciły do góry nogami oraz o tych ludziach, którym to ja życie przewróciłam. Czyli o relacjach, gdzie króluje egoizm.
Życie DLA to dziś niemodna idea. Może zmienimy modę życia egoistycznego, na przykazanie miłości?

10 stycznia

bo jesteś JEGO

bo jesteś JEGO
Droga do Betsaidy jest trudna. Ewangelista opisuje, że zapadł wieczór a wiosłowanie było uciążliwe. Betsaida to miejsce, gdzie Jezus przywróci wzrok niewidomemu w sposób, który bardzo mi się nie podoba i najchętniej wyrzuciłabym ten fragment z Pisma Świętego, bo dla mnie jest ohydny - śliną na oczy (o fuu!). Zawsze kiedy to czytam zadaję pytanie Panu Jezusowi- czy nie można było jakoś estetyczniej.
Lubię natomiast te fragmenty Pisma Świętego, kiedy mogę bezpośrednio czerpać pomysły na życie od Mistrza, z Jego zachowania, z czynów. Jezus odchodzi, aby się modlić (Ewangelista dalej wspomina o tym, że Jezus został sam).
ODEJŚĆ, aby spotkać się z Bogiem. Jasne, że modlitwa, jest wtedy, kiedy myślimy o Bogu, kiedy rozmawiamy z Nim, kiedy odmawiamy różaniec nawet w autobusie, uczestniczymy w Eucharystii, ale są takie chwile, że trzeba odejść. Odejść od ludzi, rozmów, hałasu. Zostać sam na Sam z Bogiem. Nieczęsto udaje mi się tak odejść, aby zostać tylko z Nim. Jednak moje niewielkie, ale realne doświadczenie w tej kwestii podpowiada mi, że takie odejścia są bardzo owocne.
Mam dreszcze gdy wyobrażam sobie siebie w sytuacji uczniów na jeziorze w drodze do Betsaidy. Środek jeziora, ciemny wieczór, trud wiosłowania, wiatr "w oczy". Drżę, bo doskonale znam ten stan i wydaje mi się, że większość ludzi to zna. Tak w życiu bywa, że mamy gorsze dni.
Strach. On jest wręcz paraliżujący. Jeśli się boisz - zapraszasz szatana do swojego serca. Strach przez życiem, Bogiem, śmiercią, piekłem, szatanem. To ma naprawdę wpływ na naszą wiarę. Może jesteś właśnie w takim stanie- ciemności, niepewności, zmęczony życiem i okolicznościami, które wciąż są przeciwko Tobie. Chcę Ci powiedzieć coś bardzo ważnego, brzmiącego może jak slogan, ale to jest najbardziej pewny tekst na świecie: On Cię nie zostawi. On przyjdzie do tej Twojej ciemności. Bo jesteś JEGO. I powie, to co do przerażonych uczniów: "Odwagi, Ja jestem, nie bójcie się!" , a Jego słowo ma moc.
Niegdyś o. Marek - oblat, którego Bóg postawił w moim życiu pięć lat tamu powiedział mi, że na morzu jest taka zasada: w czasie sztormu nie płynie się do brzegu, zawsze na głębię. I tą regułę należy stosować w życiu duchowym - zawsze kiedy przeżywasz trudności, kiedy jesteś doświadczany to na głębię. Jak się okazało podczas mojego największego życiowego sztormu - bardzo słusznie, nie rozbiłam się i żyję!

04 stycznia

o Słowie

o Słowie
Kiedy nie rozumiem jakiegoś słowa, sprawdzam w odpowiednim słowniku co ono oznacza. Robię tak prawie zawsze, co zawdzięczam swojej dociekliwości. Gdy nie rozumiem Słowa Bożego zaczynam czytać przeróżne dostępne mi komentarze do danego fragmentu. Bardzo lubię czytać co mają do powiedzenia bibliści. Jedni mniej, inni bardziej przystępnie i ciekawie. Marzyłam kiedyś o tym, aby poznać hebrajski, grecki i czytać Pismo Święte w oryginale, wszak to oryginalny tekst jest natchniony. Zaczytując się w tym wszystkim nachodzi mnie pokusa, aby popełnić pseudo naukowy tekst. Pseudo naukowy, ponieważ od razu przy pierwszym zdaniu czuję niemoc, która jest wynikiem braku wystarczającej wiedzy i wyłącznie umiejętnością powtórzenia tego co przeczytałam. Myślę, że każdy z nas potrafi korzystać z wyszukiwarki internetowej i bez problemu poradzi sobie w odszukaniu dobrych komentarzy. Ze swojej strony polecam Stacja7 i ten oto tekst na jutrzejszy dzień: <a href="http://www.stacja7.pl/article/4561/Jutro+Niedziela+-+II+po+Narodzeniu+Pa%C5%84skim+B/85">Stacja7- Jutro Niedziela</a> (mój post nie jest sponsorowany).
SŁOWO BOGA
Słowo Boga to jednak nie zwyczajne słowo. To Słowo jest żywe. Jeśli jeszcze tego nie doświadczyłeś, to masz przed sobą piękne chwile. Ja doświadczyłam tego kilka lat temu i były to jedne z najpiękniejszych i najważniejszych chwil w moim życiu. Co to znaczy, że to Słowo jest żywe? <em>Żywe bowiem jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca</em> - napisane jest w Liście do Hebrajczyków. Najbardziej trafnym dla mnie jest odkreślenie, że Ono jest przenikające. Jak słyszę Boże Słowo, to Ono przenika całe moje życie, moją rzeczywistość, szczególnie moją teraźniejszość. Odpowiada na moje problemy, bolączki, wątpliwości, na każdą moją myśl. Dlatego niewystarczające będą nawet znakomite komentarze. Trzeba chcieć słuchać Słowa, a nie komentarza. Łatwo dać się oszukać, że komentarz jest lepszy. Nie jest. Nawet samo porównanie jest chyba nie zbyt trafne. Moje doświadczenie jest takie, że najlepiej słucha mi się Boga w ciszy. Trudno o tą ciszę, ale o nią się staram. Trzeba sobie wygospodarować taką chwilę, na spotkanie ze Słowem (czyli Bogiem). Dla mnie najczęściej jest to pora wieczorowa.
<em>A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas</em>. Bóg przyszedł na świat w ludzkiej postaci, aby doświadczyć wszystkiego co ludzkie, poza grzechem. Czasem gdzieś w swojej bezsilności mówię: Boże Ty nie wiesz, Ty nie rozumiesz. A On przyszedł i poznał to wszystko czego doświadczam. Zna to wszystko po wielokroć lepiej. Zamieszkał między nami, choć nie był serdecznie przyjęty i wciąż jest odrzucany. Jego wola jest dla mnie nierzadko tak trudna do przyjęcia, że ją odrzucam. Jego nauczanie bywa męczące, wymaga radykalnego cięcia - złych korzeni (relacji, nawyków, czy nawet cech). Kiedy decyduję się Go przyjąć decyduję się na to, żeby przewracał On moje życie nawet o 180 stopni. Czasem się buntuję, ale ostatecznie się zgadzam. Przyjąć Go do każdego "pokoju" mojego serca.
Copyright © 2016 BożyFreestyle , Blogger