25 grudnia

narodził się Zbawiciel

narodził się Zbawiciel

„Dziś bowiem w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz, Pan” 

(Łk 2,11)

Caravaggio, Boże Narodzenie ze św. Franciszkiem i św. Wawrzyńcem.
źródło: 
http://histmag.org/Zaginione-lecz-nie-zapomniane-1715


Coś niewątpliwie się wydarzyło. Nie tylko dwa tysiące lat temu, ale właśnie DZIŚ. Jeśli tego nie zauważyłeś, to podobnie jak tysiące ludzi co roku zaabsorbowany sklepowymi witrynami, wystrojami domów i zagłuszony sączącymi się z radia świątecznymi piosenkami i kolędami zapomniałeś o najważniejszym- o sensie tych Świąt. Boże Narodzenie. Bóg przychodzi na świat, aby go zbawić. Brzmi to znajomo? Jeśli tak, to byłoby dobrze. Oznaczałoby to, że bywasz w kościele - tam jeszcze o tym się mówi. Ale to nie są oklepane słowa. To jest Prawda, której można doświadczyć spotykając Jezusa.

Przeżywam trudne chwile w życiu - zakochanie, to niewątpliwie trudne doświadczenie, szczególnie dlatego, że odwzajemnione, a niemożliwe do zrealizowania. Ale kiedy doświadczam dziś narodzin Boga w moim życiu, to mam w sobie pragnienie, aby On wszedł do tego życia i zrobił niesamowity przewrót, żeby zburzył mój 'święty spokój' i zamienił Go na Boży pokój. Wiąże się to z rezygnacją z siebie, więc i pewnym bólem utraty, ale zdecydowanie warto coś utracić, aby zyskać wiele więcej.

Mam nadzieję, że dla Was wszystkich te święta Bożego Narodzenia będą czasem radosnym, spędzonym na oddawaniu czci Maleńkiej Miłości - Zbawicielowi. Życzę prawdziwego doświadczenia narodzin Boga w Waszym sercu. Pozwólcie Mu przemieniać Wasze życie, i pamiętajcie: "nie bójcie się"!
Pax!
browncharacter - Monika


15 grudnia

oczekujmy

oczekujmy



Oczekujmy Pana sercem...
Pamiętajcie o spotkaniu z Jezusem Miłosiernym! (ja pamiętam!) ;-)

pax!

28 listopada

nowe życie!

nowe życie!
...nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie.

Mniej więcej od hmmm... (chyba) trzech tygodni moje życie wygląda zupełnie inaczej, choć na pierwszy rzut oka nic się nie zmieniło. Zmienia się wnętrze... Bardzo radykalne odcięcie się od pewnych niszczących je spraw, relacji. Najczęściej takie decyzje wiążą się z sakramentem pokuty i gdybym miała sobie to wszystko zaplanować po swojemu, to właśnie tak by to wyglądało - konkretne postanowienia jako poprawa - warunek sakramentu pokuty. Jednak Jezus zaplanował to dla mnie inaczej. Najpierw postanowienia. Nawet była "próba", czy się nie złamię (i w zasadzie co drugi dzień mniejsze próby, ale są). Ze względu na Jezusa i Jego mocą znajduję w sobie siłę, by mówić: nie! czyli tym samym trwać w tym 'nowym życiu' (bez grzesznych przyjemności, ale dużo radośniejszym- po prostu szczęśliwszym!).


Powiem Wam, że sama patrząc na to co się dzieje, nie za bardzo w to wierzę. Przez wiele miesięcy (kilka lat) nie chciałam dopuścić do siebie myśli o całkowitym zerwaniu z pewnymi grzechami. Moje spowiedzi odbywały się bardziej na zasadzie: "jeśli by mi się udało przypadkiem, to tego grzechu nie popełnię" (ale bez żadnych konkretnych postanowień). Uświadomiłam sobie (no, oczywiście nie sama! Przede wszystkim z pomocą Ducha Świętego i... brata Bogusia oraz ogromnym wsparciem modlitewnym - które NAPRAWDĘ ODCZUWAM- kilku, może kilkunastu osób), że takie spowiedzi to okłamywanie siebie i wszystkich wokoło, szczególnie tych, którym chcę i wskazuję Chrystusa, jako Jedyny Sens, jako Mistrza i Pana. Chodzi tu przede wszystkim o taką prawdziwość, autentyczność, której oczekuję od wszystkich, więc i od siebie samej - najpierw muszę zacząć oczekiwać i postawić sobie takie wymaganie. Człowiek pragnie takiej przejrzystości. Pragnę takiej przejrzystości, która sprawi, że nie będzie niczego, co miałabym ukrywać przed światem. Taka przejrzystość w moim przekonaniu także buduje zaufanie - w relacji z Bogiem przede wszystkim, ale...właśnie z drugim człowiekiem, z moim bliźnim. Zaczynam mniej koncentrować się na sobie, mniej szukam swojej chwały, bardziej skupiając się na Bogu (dlaczego nikt wcześniej nie powiedział mi, że daje to taką wolność? Inaczej: dlaczego nie słyszałam tych, którzy tak właśnie mówili? :) ) Widzę także, że owocem takiego życia jest wdzięczność Panu, za wszystko co mnie spotyka -kiedyś byłby to żal, dlaczego to wszystko takie za słabe, za mało itp. - dziś wdzięczność, za to wszystko. Ona nie jest wymuszona. Jest szczera, wypływa z serca i dostrzegam w tym wszystkim, że Pan chce mi dać wszystko co najlepsze, wszystko czego pragnę (troskliwie wybierając to, co mi nie zaszkodzi).

Jestem po ludzku dumna z siebie, że udaje mi się trwać w tym co postanowiłam i wdzięczna Bogu, że dzięki Jego pomocy mogę czuć tę dumę i mogę być po prostu... szczęśliwa. Dziękuję także Bogu za ludzi, szczególnie za brata B.

Próbuję już któryś raz przystąpić do spowiedzi. Tak się ułożyło moje życie, że dla mnie normalna spowiedź, to spowiedź face to face, bez kratek i konfesjonału. Kiedy więc nie mam takiej możliwości, pojawia się pewien problem (także fizycznie, ale mniejsza o to). Próbuję bezskutecznie, ale wierzę, że jutro będzie ten dzień - odzyskania godności, czyli sakramentu pokuty.

Wczoraj wieczorem byłam na Mszy świętej z modlitwą o uzdrowienie i uwolnienie z posługą ks. Gabriele Nanni - egzorcysty z Rzymu (mega kazanie powiedział - albo tłumacz takie ładne wymyślił! ;)). Nie będę się tu rozwodzić na ten temat. Podsumuję to tak: najpiękniejsza Eucharystia dla mnie, to Eucharystia taka 'zwykła'. Za taką modlitwą o uzdrowienie uwolnienie jakoś...nie przepadam. Myślę, że na każdej Eucharystii, dzieją się cuda, po prostu mniej spektakularne.
Na tej Eucharystii był o.Marek (kapłan związany z Domem Rekolekcyjnym, o którym w: lubiane i polecane), któremu wiele zawdzięczam. Tylko się przywitaliśmy, ale to było dla mnie naprawdę bardzo piękna chwila. Nie widzieliśmy się dwa lata. Tutaj chwila spotkania i później wspólna modlitwa, wspólna Eucharystia. Kiedyś marudziłabym, że tak krótko, dziś - jestem wdzięczna Dawcy za każdy dar.

Bogu najlepszemu niech będą dzięki!

Pomódlcie się o odwagę i pokorę dla mnie na jutro (i zawsze)! Przyda się! :) (dzięki!)

pax! ;]


19 listopada

wejść na sykomorę

wejść na sykomorę
Korzystając z pięknego czasu jakim są godziny rektorskie postanowiłam coś niecoś napisać.
Z ostatniej chwili, to wiadomość o śmierci mamy ks. Jerzego Popiełuszki. Zawsze chciałam się z nią spotkać. Nie powiem, że mi smutno, że zmarła, albo że 'szkoda'. Wierzę bardzo mocno, że jest ona bardzo szczęśliwa, blisko swojego błogosławionego syna. To bardzo ważny czas, coś się jakby kończy, ale...nie ma co rozpaczać. Wydała na świat wielkiego świętego. Wieczny odpoczynek racz dać jej Panie, a światłość wiekuista niechaj jej świeci na wieki. Jest dużo miejsc, które chciałabym odwiedzić, ale szczególnie jakoś bardzo chcę pojechać do Włocławka, przy tamie, tam gdzie zamordowano ks. Jerzego pomodlić się. Myślę, że mi się to uda.

Bardzo mocno odnajduję się w dzisiejszej Ewangelii. Jestem takim Zacheuszem. I nie chodzi o to, że jestem koniecznie zobaczyć Jezusa i jestem w stanie nawet "wejść na drzewo", aby spełnić swoje pragnienie. Jestem jedną z wielu osób Kościoła (tłumu), które mają w sobie takie właśnie pragnienie (taką przynajmniej mam nadzieję). Ale mój niski wzrost - niska samoocena, problemy z akceptacją siebie itp. nie pozwalają mi być razem z tym tłumem, obawiam się, że Jezus nie dostrzeże mnie (przecież takiej 'byle jakiej') wśród wielu lepszych ludzi. Dlatego wchodzę na sykomorę, czyli podejmuję bardzo wiele niepotrzebnych tak naprawdę działań, aby zostać zauważoną przez Niego. Jezus nie tylko mnie dostrzega, ale też mówi: dziś muszę się zatrzymać w twoim domu! I tak sobie myślę w kontekście różnych odwiedzin, co bym zrobiła, gdybym miała ugościć Jezusa Chrystusa- BOGA. W pierwszej kolejności, to na pewno bym się bardzo denerwowała, mam coś takiego, że jak mam się z kimś spotkać albo ktoś ma mnie odwiedzić, to od razu się bardzo denerwuję (w sensie stresuję, a nie: jestem zła :) ), następnie bym pobiegła do sklepu kupić wino i jakieś produkty, żeby przygotować obiado-kolację (jeśli o moje umiejętności kulinarne chodzi, to poprzestałabym na sałatce), a później bym się zamyśliła: w co się ubrać? Chciałabym Go dobrze przyjąć. Spojrzał na mnie, chcę mnie odwiedzić, zatrzymać się u mnie, mimo moich licznych grzechów, mimo tego że jestem zgorszeniem dla 'tłumu' (Kościoła). Kiedy jednak myślę sobie, co jeszcze powinnam zrobić, to chyba pierwsze co przychodzi mi do głowy (a próbuje to jakoś wybić z niej), to: spowiedź, czyli CZYSTE SERCE. To ono jest najważniejsze w spotkaniu z Jezusem.
bogata, bo akurat w tym pewnie trochę się różnimy, niskiego wzrostu też nie jestem. Ale podobnie jak on chcę
Wydaje mi się, że już niedługo może być taki moment, że ci którzy jakoś tam mnie poznali bliżej, znają ciemne strony mojego życia, a są właśnie tym 'tłumem' powiedzą: Do grzesznika poszedł w gościnę. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale ten dzień jest dniem przeze mnie mocno wyczekiwanym. Niezależnie od głosów, które będą, to będę się radowała spotkaniem z Jezusem, tym że On się zatrzyma w moim domu... 
I będę powtarzała, że Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło. 

Obym wytrwała w swoich postanowieniach, i obym nigdy nie straciła tej chęci zobaczenia Jezusa.

A Wam życzę tego samego - CHĘCI spotkania się z Jezusem, który jest naszym Zbawcą, Panem, Przyjacielem.


pax! ;]

17 listopada



16 listopada

Błogosławieni czystego serca...

Błogosławieni czystego serca...

Kiedy włączam radio słyszę po między kolejnymi utworami muzycznymi obok mniej lub bardziej (zwykle mniej) dowcipnych tekścików dziennikarzy reklamy komercyjne, które z „troską” o bezpieczny seks proponują środki antykoncepcyjne. Przeglądam strony internetowe i z trudem udaje mi się ominąć nagłówki: „gwiazdy uwielbiają nosić stringi”, „seksualna tendencja wśród młodych polek, chcą tylko jednego”, ”seks randka dla każdego”, „Gorąca noc w sypialni, porady” (oczywiście obowiązkowo z bogatą foto relacją, która pokazuje się tuż przy nagłówku, tak aby nawet ten kto nie chce czytać całego artykułu musiał spojrzeć na roznegliżowanych ludzi).  Loguję się na portal społecznościowy i widzę, że blisko 78 tysięcy osób lubi stronę „Żadnego ślubu przed seksem”, przy czym np. „Bardzo lubię seks po ślubie” ledwie ponad 1 tysiąc. Idąc ulicą mijam obściskujące się pary. A przy kasie w supermarkecie – prezerwatywy. Przesiąknięty erotyką świat – tak jest! Obojętnie czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy niekoniecznie chcemy tak to nazywać. To nie jest normalne. Zarabianie na słabościach ludzi, wykorzystywanie ich. Czemu ta notatka o czystości? Nie, nie będę się tu dzieliła swoimi doświadczeniami, bo to jest temat, który potrzebuje klimatu intymności. Ale piszę o czystości w ogóle…  Bo nie chcę pisać tylko o tym co łatwe, o sukcesach i radościach. Chcę poruszać te trudne kwestie. One są przez wielu katolików odrzucane. Dlaczego? Bo w czasie ich kolejnych spowiedzi notorycznie powtarzają się grzechy związane z szóstym i dziewiątym przykazaniem Bożym. Wydaje się im to nie do przeskoczenia, więc tłumaczą sobie, że w sumie to nie jest aż takie złe, że przecież to naturalne… Naturalne jest to, że nasze ciało pożąda, ale już nie jest naturalne, że ktoś wykorzystuje drugą osobę w celu zaspokojenia swoich pragnień. Tak jakoś się przyjęło, że jak mamy na coś ochotę, to po prostu to ‘musimy’ natychmiast dostać, bo inaczej tupniemy nóżką i obrazimy się na cały świat albo po prostu nie będziemy mieli dobrego nastroju. Większość ludzi w swoim życiu jakieś problemy z tą sferą będzie miała, jakieś grzechy się pojawią, więc temat jest jak najbardziej ważny i aktualny.
Moje dobro
Św. Faustyna (mega Typka! Polecam wszystkim Dzienniczek, który co prawda bardzo powoli czytam, przeżuwając każde słowo, ale jestem nim zachwycona, a właściwie –nią –Faustyną ! A jeszcze bardziej Nim –Jezusem w życiu tej świętej) zostawia środki (i nie są to środki antykoncepcyjne) dla zabezpieczenia cnoty czystości: pokora, duch modlitwy, przestrzeganie skromności, wierność regule, szczere Nabożeństwo do Najświętszej Maryi Panny. Powie ktoś – „no ale to zakonnica, ślub zakonny, wiadomka, ale my nie jesteśmy w zakonie”.  Nie jesteśmy w zakonie, ale jesteśmy w Kościele, a jeśli w Nim jesteśmy (chcemy być), to zgodnie z nauką Pisma Świętego (przykazaniami) i nauką Kościoła powinniśmy tych środków ‘używać’ w swoim życiu, w miejscu, w którym w tym życiu się znajdujemy –może to jest szkoła średnia, może studia, może praca, może jesteśmy jeszcze przed budowaniem związku, może w związku, może w małżeństwie, może w zakonie, czy kapłaństwie, a może… żyjemy obok przykazań: bawiąc się każdym kogo spotkamy, bo mamy na to ochotę, zdradzając tego, komu ślubowałem/am i Tego przed Kim ślub składałem/am. Nie jest wstydem upaść. Każdemu się to zdarza. Ale chwałą nie jest trwać w upadku, a powstawać za każdym razem, po każdym upadku i przede wszystkim –zanim upadek nastąpi ZMAGAĆ SIĘ o to co piękne, dobre i co czyni nas świętymi.
Dobro drugiego człowieka
Jeżeli zależy mi na życiu wiecznym mojego bliskiego/bliskiej to nie dopuszczę nigdy do sytuacji, gdzie z mojego powodu będzie on/ona w stanie grzechu ciężkiego. Trudne to, ale nie jest niemożliwe. Trudno mi uwierzyć w miłość tam, gdzie młodzi ‘sprawdzają się’ w łóżku przed ślubem. Trudno też uwierzyć mi, że jeśli ktoś nie szanuje siebie (tzw. „z każdym”), to będzie szanował swoją przyszłą czy przyszłego małżonkę/ka.  

W poniedziałek patronuje nam bł. Karolina Kózkówka.
Czy jest jakaś wartość w moim życiu, za którą byłabym w stanie oddać życie? 
Niech bł. Karolina wstawia się za nami wszystkimi, abyśmy żyli pięknie i kochali czystą miłością :)
Bł. Karolino – módl się za nami!



„Nic trudnego dla pokornego” :-) św. Faustyna Kowalska
pax! ;]

08 listopada

Bóg cudów!

Bóg cudów!
Wczoraj wieczorem podjęłam pewną decyzję. Decyzja była egoistyczna, zupełnie lekceważąca Boże przykazania. Poniekąd chciałam taką decyzję podjąć (jak każdy grzech- świadome, dobrowolne przekroczenie przykazań), z drugiej strony w moim sercu było mocne pragnienie, aby to jakoś odgórnie zwyczajnie "nie wypaliło". Sama nie byłam w stanie powiedzieć nie - tej sytuacji, ale modliłam się (zresztą w tej walce wspierana byłam) mocno dzisiaj od rana o to, żeby coś się stało, żeby jednak ten cały pomysł nie powiódł się, chociaż modliłam się bez nadziei, bo było już wszystko ustalone, dosłownie: wszystko, to co? Bóg udowodnił mi po raz kolejny, że jest BOGIEM CUDÓW :) Zadziałał tak, że cały plan legł w gruzach i jestem naprawdę szczęśliwa z tego powodu. Pan Bóg uratował mnie, moje życie, troszczy się o mnie, kocha mnie. Znowu to udowodnił, tak bardzo wyraźnie.

"Wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść"

Śpiewajcie Panu pieśń nową,
albowiem uczynił cuda.
Zwycięstwo Mu zgotowała Jego prawica
i święte ramię Jego.
Pan okazał swoje zbawienie,
na oczach pogan objawił swoją sprawiedliwość.
Wspomniał na dobroć i na wierność swoją
dla domu Izraela.
Ujrzały wszystkie krańce ziemi
zbawienie Boga naszego.
Wołaj z radości na cześć Pana, cała ziemio,
cieszcie się, weselcie i grajcie.

Pax! ;]

31 października

świętymi bądźcie!

świętymi bądźcie!
Niezwykła uroczystość. Uroczystość WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH. To dzień tych, którzy swoim życiem zasłużyli na życie wieczne; wieczną przygodę z Bogiem, już bez grzechu, bez pokus, bez płaczu, bez cierpienia. To dzień tych, których Kościół nie koniecznie wspomina w poszczególne dni roku liturgicznego, ale swoim życiem dali przykład jak być świętymi. Jeśli zastanawiasz się: jak żyć, żeby zostać świętym, to odpowiedź znajdziesz w przygotowanych przez Kościół jutrzejszych czytaniach. W Ewangelii czytamy następujące słowa samego Jezusa Chrystusa: Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni. Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię. Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni. Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią. Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą. Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi. Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni jesteście, gdy /ludzie/ wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was. 

To jest charakterystyka tych, których uroczystość świętujemy 1 listopada. To może być także nasze święto.
Wystarczy żyć właśnie w taki sposób, jaki proponuje Jezus Chrystus. To nie jest styl życia dla wybranych, dla jakiś innych, mocniejszych. To jest sposób dla każdego z nas: dla mnie, dla Ciebie i dla Twojego nieznośnego sąsiada, z którym od lat nie możesz się porozumieć i dla Twojej współlokatorki z akademika, o której już tyle złego powiedziałeś i pomyślałeś, i dla księdza który upadł i którego świat już osądził. Jezus i Jego Ewangelia to jest sposób na życie dla KAŻDEGO, kto CHCE się nawracać. Potrzeba jednak radykalnych decyzji - nie tylko jednej decyzji, ale każdego dnia tego pokręconego życia trzeba nam wybierać świętość.

Świętymi bądźcie, bo Ja jestem święty” (1 P 1, 16; Kpł 11, 44)


Świętymi bądźmy!
Wybieram świętość! ( i moje decyzje mają to potwierdzać)
AMEN!

Dobrego, radosnego jutrzejszego dnia; wspomnienia Wszystkich Świętych.
pax! ;]


28 października

ubogacająca niedziela

ubogacająca niedziela
Pewnie to wiecie, ale Wam powiem wczoraj była niedziela. A niedziela to jest taki czas, który większość lubi. Kto z Was nie lubi niedziel ręka w górę! No właśnie, żadnej ręki nie widzę :) Niedziele są bardzo pozytywne! Można je przeżyć byle jak - np. na zakupach. Buuu, nie lubię, nie lubię, nie lubię. Dla tych, którzy nie rozumieją odpoczynku szabatowego (obecnie: niedzielnego!): "(...)prawo szabatu było ustanowione w Izraelu po to, żeby niewolnicy, którzy byli w domach żydowskich, mieli święto i mogli odpocząć. (...) Tak naprawdę przestrzegasz go wtedy, gdy słabszemu, zależnemu od ciebie, stwarzasz możliwość odpoczynku." (bp Ryś) Oczywiście byłam na Eucharystii w mojej ukochanej lubelskiej parafii, a po spotkaniu z Jezusem, było spotkanie z zaprzyjaźnionym bratem zakonnym. Baaardzo miły i dobry czas. A po powrocie obiadek (yyy...chyba za dużo powiedziane w przypadku życia na stancji) i lektura duchowa. Właśnie takie powinny być niedziele - ubogacające. Niewątpliwie nasze życie ubogaca uczestnictwo w Eucharystii. Karmienie się Ciałem Chrystusa. Ubogacają nas spotkania z ludźmi, którzy są ludźmi wiary, bo co nas łączy oprócz ludzkiej przyjaźni? Łączy nas Duch Święty. Ubogaca lektura duchowa, bo poszerzamy naszą wiedzę religijną, pogłębiamy naszą wiarę, poznajemy coraz bardziej Boga.
Dlatego bardzo lubię dobrze przeżyte niedziele. Jak się tak dobrze rozpocznie tydzień to jest to lepszy tydzień (choć nie musi być wcale łatwy).
A dzisiaj kupiłam sobie lokówkę i co baaardzo mnie rozbawiło dostałam gratis szampon do włosów BARDZO zniszczonych :D Nie wiem, czy aż tak źle wyglądałam, czy po prostu sprzedająca ma takie doświadczenia z używaniem lokówki....ale sytuacja była naprawdę zabawna. A szampon wyjęła spod lady niczym dając mi go potajemnie.
W środę jadę do domu! Po raz pierwszy w tym roku akademickim wracam do domu rodzinnego. Zajmuje mi to ok. 3 godzin. Zawsze to jest dziwny czas. Jedzie się, jedzie, jedzie, jedzie.... i się myśli o najprzeróżniejszych kwestiach. Ale chyba to jest główny powód dla którego lubię "podróżować" (to tak poważnie brzmi, ale to moje podróżowanie ogranicza się do odwiedzania znajomych w Polsce wschodniej :p)

A w dzisiejszej Ewangelii ważne słowa dla wszystkich, którzy nie wiedzą gdzie jest rozwiązanie ich problemów, gdzie jest uzdrowienie ich zranień: przyszli oni, aby Go słuchać i znaleźć uzdrowienie ze swych chorób. Także i ci, których dręczyły duchy nieczyste, doznawali uzdrowienia. A cały tłum starał się Go dotknąć, ponieważ moc wychodziła od Niego i uzdrawiała wszystkich.
Przychodźmy do Chrystusa, dotykajmy się Go w modlitwie, w spotkaniu z Nim w sakramentach, bo od Niego wychodzi moc uzdrawiająca. Trzeba "TYLKO" przyjść i słuchać.

Trwajmy na modlitwie za siebie nawzajem :)
pax! ;]

22 października

Kocham mój Kościół i kocham Boga

Kocham mój Kościół i kocham Boga
Tak, była spowiedź! Był bardzo dobry spowiednik, opanowany, rozmawiał, był delikatny, miły...aż nadto... Trochę temperamentem nie dopasowaliśmy się. Ciężko jakoś to szło. On powiedział zdanie, ja w tym czasie powiedziałabym co najmniej 5 zdań. Ale nie ma co narzekać na spowiednika, bo sądzę, że wielu chciałoby się spowiadać u takiego właśnie kapłana. Zresztą - to dobry człowiek. Ostatecznie wyspowiadałam się.

Euforii i radości nie czuję. Nie liczcie na to, że napiszę jak to cudownie po kilku miesiącach znów być w stanie łaski uświęcającej. Nie napiszę tego, bo tego nie czuję. Kiedy wczoraj wróciłam po spowiedzi ze łzami w oczach na stancję, było po prostu s t r a s z n i e. Miałam wrażenie, jakbym na tym świecie została jedna, sama, bez Kościoła i bez Boga. I właśnie dlatego: płakałam, płakałam, płakałam.




Kocham mój Kościół i kocham Boga, gdybym straciła TO, straciłabym WSZYSTKO. Bóg Trójjedyny i Kościół Rzymsko- Katolicki są dla mnie najcenniejszym darem, największym dobrem, drogocenną perłą.





Nie mogłam się modlić. Ba! Nie mogłam nawet odczytać krótkiego tekstu z książki "365 dni z ojcem Pio" na wczorajszy dzień. Tak bardzo byłam osłabiona duchowo. Błagałam (dosłownie) Pana Boga na kolanach o Słowo. Otworzyłam Pismo Święte... na wprowadzeniu do którejś z ksiąg - wiecie, to taki historyczny zarys, co i jak, żeby mieć pewien obraz danej księgi (gorzej chyba trafić nie mogłam). Zostawiłam to wszystko i weszłam w grzech.
Przyznaję Wam - którzy w większości odwiedzających ten blog jesteście Kościołem, który kocham - jest mi maksymalnie głupio wobec Boga, Was i siebie. Bóg pokonał grzech, pokonał szatana, pokonał śmierć. Dla Niego jestem najpiękniejszym dzieckiem niezależnie od tego co zrobiłam, wiem to doskonale. Głupio mi wobec Was, bo mam poczucie, że grzesząc osłabiam cały Kościół (i chyba nie jest to tylko poczucie, ale taki jest fakt z różnych powodów). Przepraszam. Głupio mi także wobec siebie. Jednocześnie pocieszam się tym, że przez kilka godzin walczyłam bardzo mocno, tych łez było dużo, to zmaganie trwało kilka godzin (może ktoś powiedzieć, że mało, dla mnie - baaaardzo długo). Słabe pocieszenie, wiem. Bardzo jest mi przykro, że tak łatwo mnie przekonać, że to co wygodne, to co przyjemne, jest lepsze. To jest kłamstwo. Mam świadomość, że nie ten kto nie grzeszy jest świętym, ale ten kto się spowiada. Jezus Chrystus jest moim Panem, JEDYNYM. Jeśli upadam, to wstaję mocą Chrystusa i dla Niego się podnoszę, dla Niego podejmuję walkę ze złymi skłonnościami; z grzechem, dla Niego chcę żyć i chcę żyć dobrze. Nie jest ważne, że 'nie czuję' teraz Jego obecności. WIEM, że JEST. Wiele razy w moim życiu dawał mi to odczuć, nie musi stale mi tego udowadniać. To co czuję, albo to czego nie czuję, a tak bardzo pragnę czuć, oddaję Bogu.Wiem, że On w czasie słusznym obdarzy mnie tym, co da mi szczęście. Wracam do modlitwy... szczególnie różańcowej. Chwila niemocy jest po to, aby przypomnieć sobie od kogo czerpać siłę.

Im bardziej staramy się żyć według Bożych przykazań, czyli być wiernymi naśladowcami Jezusa Chrystusa, tym mocniej całe piekło szaleje, tym mocniej szatan uderza w nasze słabości.
Nigdy nie można nam się poddać.

Miłość zniesie wszystko, miłość przetrwa śmierć, miłość nie lęka się niczego... 

Wam i sobie życzę siły na każdy dzień nieustannej walki o życie wieczne.
Niech bł. (wnet święty) Jan Paweł II, którego dzisiaj wspominamy w liturgii wspiera nas i wyprasza nam łaskę podejmowania decyzji, które będą podobały się Bogu.

pax! ;]

21 października

będę z Tobą

będę z Tobą



"I w najlepszej z chwil, i najgorszej też,
będę z Tobą."

19 października

jest Ojcem, mimo że doświadcza

jest Ojcem, mimo że doświadcza
19 października to data bardzo dla mnie ważna i bardzo trudna. Z dwóch powodów. 

I. 
19 października 1984 r. Oczywiście - mnie wtedy jeszcze nie było na tym świecie (choć w zamyśle Bożym byłam od zawsze). Nie wiem, czy Wam mówi cokolwiek ta data (jeśli nie, to nie martwcie się, wszak każdy ma jakieś 'swoje' najważniejsze daty). Uprowadzenie i męczeńska śmierć ks. Jerzego Popiełuszki. Jest to jeden z moich ulubionych świętych/błogosławionych. Myślę sobie o kapłanach, których ja poznałam w swoim życiu. Myślę sobie też o swoim stosunku do nich, nie zawsze takim jaki być powinien. Człowiek ten jest dla mnie ważny z kilku powodów (pomijając oczywistość jaką jest ważność osoby wynikająca z faktu bycia człowiekiem). Nie bał się mówić tego co myśli i działać odważnie, nie bał się być wierny Chrystusowi w czasach dużo trudniejszych niż dzisiejsze, był kapłanem - sługą (Boga i człowieka) i to tak dosłownie: był z ludźmi i dla ludzi. Służyć Bogu, to szukać dróg do ludzkich serc. Służyć Bogu to mówić o złu jak o chorobie, którą trzeba ujawnić, aby ją móc leczyć. Służyć Bogu, to piętnować zło i wszystkie jego przejawy” (27 marca 1983). Staram się od czasu do czasu słuchać, czytać kazania tego świętego kapłana. Cóż ja Wam mogę o Nim powiedzieć? Prawie nic. Od siebie chyba tylko tyle, że jest bardzo skuteczny (modlę się m.in za Jego wstawiennictwem) :) Ale z wywiadu z ks. Marcinem Wójtowiczem - kolegą błogosławionego kapłana przytoczę fragment, może i Was zachwyci błogosławiony ks. Jerzy Popiełuszko.

Jerzy nie był żadną gwiazdą. Był autentyczny, nie miał w sobie takiej zwykłej człowieczej próżności, chęci zaimponowania, pokazania się na pierwszym planie. W jego przypadku to nie wchodziło w grę. On unikał salonów, źle się tam czuł, splendory, bankiety nie pociągały go.

Doskonale pamiętam pierwszą Wigilię w stanie wojennym – siedzimy wspólnie przy wieczerzy, przy stole kilkadziesiąt osób, w tym duża grupa emerytów, składamy sobie życzenia i nagle Jerzy znika nam z oczu. Okazało się, że poszedł na rogatki do żołnierzy, którzy stali przy koksownikach i łamał się tam z nimi opłatkami. Nikomu z nas coś takiego nawet nie przyszłoby do głowy, a on to już czuł. Prawdziwy charyzmatyk…
Podobna historia: obserwujemy charakterystyczny samochód tajniaków pilnujących księdza Popiełuszki, stojący pod kościołem. A Jerzy mówi: słuchajcie, zanieśmy im gorącą kawę, bo marzną już tyle godzin. To było właśnie w jego stylu.

 II.
19 października 2007 r. to data śmierci Martyny. Martyna zmarła mając 16 lat. Miała guza kości biodrowej. Nowotwór. Przez ponad 100 dni była pod opieką WHD. Była koleżanką, jakich wiele... Choroba zmienia. Myślę, że jesteśmy tego wszyscy świadomi, ale często ludzie odwracają się od Boga, buntują się, rozpaczają, kierują swoją uwagę na siebie. Martyna zupełnie odwrotnie. Zbliżyła się bardzo do Pana Boga. Wieczorami odmawiała różaniec, mówiła że przynosi jej to ulgę. Swojego kapelana poprosiła o sakrament bierzmowania, który przyjęła niedługo przed śmiercią z rąk bp Henryka Tomasika w swoim pokoju, wybrała sobie za patronkę Marię - dlatego, że to imię Matki Bożej, ale też dlatego że to imię jej ziemskiej matki. Sytuacja w domu...bardzo trudno, aż przykro jest o tym mówić, więc mówić o tym nie będę. Pamiętam dzień jej pogrzebu. Pamiętam białą trumnę. Pamiętam kapelana - ks. Rafała, który odprawiał w białym ornacie, ponieważ mówił że jest pewny, że Martyna raduje się już życiem blisko Boga, że jest w niebie. Za każdym razem gdy wchodzę na cmentarz parafialny widzę jej grób. Odmawiam krótką modlitwę w myślach. I tak się zastanawiam... czy czegoś nauczyła nas ta śmierć? Powinna. 
W dzisiejszej Ewangelii Jezus mówi: Kto się przyzna do Mnie wobec ludzi, przyzna się i Syn Człowieczy do niego wobec aniołów Bożych; a kto się Mnie wyprze wobec ludzi, tego wyprę się i Ja wobec aniołów Bożych.
Myślę, że Jezus Chrystus przyznał się do Martyny wobec aniołów Bożych. Wierzę, że jest ona szczęśliwa. 
Pamiętam o niej w swojej modlitwie i Was też proszę - pomódlcie się czasem za nią. 

A z bieżących spraw, to przyjechała do mnie moja zapracowana siostra, więc ruszaaaamy na miacho! Lublin w ten weekend jest nasz! :) W poniedziałek natomiast (zaraz po kartkóweczce z angielskiego) idę do Jezusa po miłosierdzie, czyli będzie spowiedź. Ufam, że spowiednik będzie dobrym narzędziem w rękach Pana, choć jak pisała św. Faustyna: spowiednik wiele może duszy dopomóc, ale i wiele może zepsuć ;)

Na koniec tej "trudnej' notatki chcę Wam przypomnieć, że Bóg jest Ojcem, mimo że doświadcza.
JEST OJCEM. Dlatego nasze życie, jeśli będziemy trzymać się Boga, zakończy się happyend'em.
Nie jest łatwo z tą jesienną aurą, ale bądźcie dzielni!

pax! ;]



08 października

obrać najlepszą cząstkę

obrać najlepszą cząstkę
„Dzisiaj wzeszło słońce, ale nie poświęciliśmy temu, ani chwili uwagi.” – pozwolę powtórzyć sobie za Andrea Gasparino. Wstaliśmy i przeszliśmy jak gdyby nigdy nic do swoich codziennych obowiązków. Spowszedniało nam to wszystko; nawet tak wielki dar jakim jest nowy dzień. Zapomnieliśmy o dziękczynieniu. A tak wiele jest łask, za które wypadałoby dziękować Stwórcy.



Spotyka mnie wiele dobra! Tak, to nadal piszę ja, ta sama Monika, która ciągle narzeka, że wszystko się sypie, świat się wali, i nie wiadomo co dalej… Dużo dobra. Za mną weekend. W piątek wybrałam się na zakupy, całkiem udane. Miałam kupić buty, ale nie kupiłam butów, za to kupiłam trochę innych rzeczy. Za butami wciąż się rozglądam …może jutro kupię :p Później było św. Franciszka z Asyżu, Msza Święta – dla dzieci :) Oj, brakowało mi tego Poczekajkowego klimatu ;] W sobotę równie przyjemnie: kocyk, książeczka, herbatka. A w niedziele Msza Święta –znowu dla dzieci ;P A po niej bardzo sympatyczne spotkanie z przyjacielem –bratem zakonnym. Duuużo rozmowy, to charakterystyczne dla tego brata :) Wieczorem jeszcze jakże miły telefon od znajomego księdza poznanego na pielgrzymce. Jakoś tak dużo dobra wniósł w to moje tegoroczne pielgrzymowanie swoją obecnością.  Bardzo lubię takie intuicyjne znajomości. Zaczęłam tydzień dobrze. Już jutro środa! Jak ten czas szybciutko ucieka.
Szkoła, uczelnia, praca, obowiązki codzienne i przyjemności przysłaniają nam życie duchowe, życie w świadomości nieustającej obecności Boga. On Jest. A my? Biegamy niby to wokół Niego, może nawet codziennie się modlimy, ale… troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę  -wybrała zasłuchanie w Słowo Boże. Tego nam bardzo potrzeba. Mam świadomość, że tego mi dzisiaj bardzo potrzeba- większego zasłuchania w Słowo Boże. Dlatego staram się codziennie uczestniczyć w Mszy Świętej, a jeśli nie mogę (choć tak naprawdę mogę prawie zawsze, tylko czasem się skutecznie sama przed sobą usprawiedliwiam)to chociaż przemedytować w domu (czyt. stancja) Słowo na dany dzień. To bardzo pomaga w normalnym życiu; wysłuchać Słowa i skonfrontować je ze swoim życiem, z czasem i miejscem i sytuacją w jakiej się obecnie znajduję. Poza tym jest październik, więc chodzę z różańcem (choć staram się nie ograniczać odmawiania różańca do października, i nawet…nieźle mi to wychodzi ;)) i polecam Wam modlitwę różańcową. To jest ogromna siła. Co raz to dowiaduję się ile ta modlitwa zdziałała –cuda po prostu, cuda. Zresztą mogę chyba śmiało powiedzieć, że w moim życiu ta modlitwa też pomogła poukładać wiele spraw i myślę, że gdyby nie swego czasu modlitwa różańcowa całą rodziną (dziś już nie ma o tym mowy), to by tak to wszystko dobrze się nie poukładało, to nie bylibyśmy tak silni. Ja to dostrzegam. Ufam, że cała moja rodzina jeśli jeszcze teraz uważa, że to swoją pracą, swoją siłą i mocą dała radę, to że z czasem zobaczy, że po ludzku niemożliwe byłoby aby tak wszystko się potoczyło, to Boże działanie i Jego potężna moc i łaskawość. Polecam Wam, módlcie się różańcem, a nawet jeśli na pierwszy rzut oka nie będziecie widzieć jakiś zmian, jakiś owoców, to ta modlitwa nie jest bezskuteczna, być może ratujecie właśnie życie wieczne jakiejś osobie (bo np. dzięki Waszej modlitwie poszła do spowiedzi). Maryja wie, komu co potrzeba :)
Zaczął się rok akademicki, zaczęły się też dni skupienia w różnych zgromadzeniach zakonnych. Może warto gdzieś, coś? Taki cykl comiesięcznych dni skupienia to pewnego rodzaju ‘formacja’ :)
W każdym razie –ja się wybieram.
Proszę Was też o modlitwę, abym wreszcie się przełamała i wróciła w ramiona kochającego Ojca, czekającego na mój powrót (przez spowiedź).

pax! ;]

03 października

Błogosławieni, którzy się smucą...

Błogosławieni, którzy się smucą...
Pierwsze dni nowego roku akademickiego za mną. Pierwsze dni na nowej stancji za mną. Pierwsze dni z nowymi współlokatorkami – za mną. Dzięki dobroci znajomego (który zresztą jako jeden z nielicznych komentuje od czasu do czasu moje wpisy na blogu przez co czuję się jakoś tam ‘poczytna; :p ) mam Internet na kilka dni. Na uczelni dobrze. Kolejne przedmioty, kolejni nauczyciele akademiccy, dużo czasu z Mileną (moją najbliższą uczelnianą koleżanką), trochę:p czasu w bibliotece, xerówki – to wszystko jest tak jak było dotychczas.  Jest dobrze. Pokój na stancji urządzony. Jeszcze trochę czuję się nieswojo (mam problemy z zaaklimatyzowaniem się na nowym), ale sporo moich rupieci potrzebnych czy nie zawalających miejsce w pokoju sprawia, że choć trochę bardziej czuję, że jest on mój. Całe mieszkanie w porządku. Nie ma mikrofalówki, ale jest piekarnik …do którego jeszcze nie bardzo wiem, z której strony się zabrać, po prostu – nie wiem jak go obsługiwać, za dużo guziczków :) Nasłuchuję. Czego? Dźwięków wszelakich. Każde mieszkanie czy dom ma swoje specyficzne dźwięki – skrzypienia podłóg, przelewającej się wody, załączających się urządzeń, oj …różne. Nasłuchuję i oswajam się z nimi, aby nie wydawały mi się dziwne, ale naturalne. Współlokatorki …cóż powiedzieć …jeszcze ich chyba nie znam na tyle by móc dużo powiedzieć, ale …lubią wychodzić. Szczególnie jedna żyje z melanżu na melanż, a studiuje na 5 roku. Dopóki wychodzą jest dobrze. Oby nie było imprezowania w mieszkaniu. Zapraszanie gości do swojego pokoju – spoko (pod warunkiem że nie codziennie!). Ale więcej – nie zaakceptuję. Po prostu NIE.

Sąsiad/ka z góry słucha Radia Maryja, przy okazji słucha kilka mieszkań razem z nią.

Nadal choruję. Coś nie mogę wyzdrowieć. Przedłuża mi się to chorowanie, a to bardzo nieprzyjemne, utrudnia życie. Staram się więc ubierać ciepło i nie wychodzić nadto co konieczne. Nie byłam więc jeszcze na Poczekajce, Frassatiego też jeszcze nie odwiedziłam. Jutro św. Franciszka z Asyżu, a więc można by rzec: Poczekajka party, czyli nic innego jak odpust ;) Wybieram się!

Wybieram się też na wielkie zakupy do galerii! Nie wiem ile wydam pieniędzy, ale na samą myśl o zakupach już czuję, że mam ich za mało, a przecież ….apetyt rośnie w miarę jedzenia ;P


Błogosławieni, którzy się smucą...
Ciągle smutno… Smutek pochodzi od Złego. Trzeba by zacząć od dobrej spowiedzi, WIEM, że pomogłaby. Ale trudno się zebrać. Zbiorę się. Spokojnie. Ale …na razie jakoś mi ciężko. Tak jakoś się dzieje, że Pan Bóg daje mi doświadczyć samotności a jednocześnie tego, jak bardzo jest mi potrzebny, że jest konieczny dla mojego szczęścia. Jan Paweł II powiedział (w czerwcu 1979 r., w Warszawie), że serce człowiecze może napełnić tylko Duch Święty. To jest prawda. Jeśli w sercu zagości Duch Boży; Duch Święty; Pocieszyciel, to takie serce rozraduje się i przełamana zostanie samotność. Trzeba dać Mu się wprowadzić do tego serca. Wymeldować wszystko inne; wszystko co niezgodne z Bożą Wolą. Tak sobie też myślę, że brak radości powoduje brak spotkań z ludźmi, którzy oddychają Bogiem (że tak sobie pozwolę to nazwać wzniośle). Brakuje mi tu takich osób… Mam nadzieje, że z czasem będzie ich więcej. Modlę się o nich i za nich – nieznajomych, a może znajomych, którzy będą towarzyszyć mojej samotności :) Takie bycie obok jest źródłem największej radości – małżeństwo, przyjaźń, czy kierownictwo duchowe opiera się na towarzyszeniu samotności drugiej osoby. Tę samotność – jak już pisałam –może wypełnić tylko Bóg. Mam  kilka spotkań w planach na które czekam.


I mam jeszcze taką refleksję, że chyba się zmieniam...na lepsze ;p Naprawiam swój błąd zmieniania ludzi aby dopasować ich pod moje oczekiwania i wyobrażenie. To miła zmiana. Dopiero taki zalążek właściwie tej zmiany... ale powolutku chyba idzie to do przodu, jestem coraz bliższa takiej wolności w relacjach (nie mylić z wolnymi związkami, to nie o to chodzi zupełnie :p ).

Matkę Teresę z Kalkuty - dzisiaj świętą - zapytał kiedyś dziennikarz: Czy Matka zgadza się z potrzebą reform w Kościele? - Ależ tak! Od czego zatem najlepiej zacząć taką reformę? Matka Teresa wtedy odpowiedziała: - Od siebie. Kiedy ja zacznę od siebie i pan zacznie od siebie, to Kościół będzie lepszy i więcej dobra będzie w świecie.

Tobie Drogi Czytelniku - i najpierw sobie samej -  proponuję to samo.
I nie zapominajcie o Chrystusowym nakazie, z dzisiejszej Ewangelii: "idźcie oto posyłam was jak owce między wilki"


pax! ;]

27 września

za kogo?

za kogo?
Wygląda na to, że to moja ostatnia wakacyjna notatka z tego roku. Kolejną napisze już pewnie ze stancji (o ile uda mi się tam podłączyć do internetu). Zarazem jest to pierwsza notatka tegorocznej jesieni :)

Praktyka studencka minęła spokojnie. Jestem całkiem zadowolona z tych dwóch tygodni. Trochę się opatrzyłam z tym, czym się zajmuje pracownik socjalny, trochę posmakowałam trudów i przyje..yyy...nie, jednak samych trudów tej pracy, o przyjemnościach nie było mowy - no może poza tym uczuciem, że gdzieś trzeba iść. Bardzo lubię to uczucie. Nie wiem czy wiecie, o co chodzi. Takie uczucie - muszę wstać rano, podziękować Bogu za dobry (lub gorszy) sen, za obudzenie się, za nowy dzień,  pościelić łóżko, wyszykować się, i lecieć. To jest bardzo piękne! Obowiązki są naprawdę fajne, moim zdaniem. Pewnie też dlatego, że dzięki nim czujemy się potrzebni. Bardzo współczuję swoim "praktykowym podopiecznym", że są w tak bardzo trudnej sytuacji życiowej, że jeśli już mają tę pracę, to traktują ją jak coś co im bardzo wadzi, co ich ogranicza (w negatywnym tego słowa znaczeniu), nie mają nawet siły i/albo chęci spojrzeć na swoją pracę jako na tę, która daje im pokarm, daje im możliwość oglądania tv, słuchania radia,, umycia się w ciepłej wodzie. Widzą tylko to, że jest biednie, że u "innych jest lepiej", a czasem po prostu u tych innych jest...inaczej. Czasem bieda jest niewidoczna, ale duchowa, czy psychiczna w rodzinie może być dużo bardziej destrukcyjna, dla jej członków.
Jestem już prawie gotowa do wyjazdu do Lublina, choć to dopiero w poniedziałek po południu. Spakowałam prawie wszystko, co zamierzam wziąć. Mam nadzieję, że dobrze będzie mi się mieszkało na nowym miejscu i szybko się zadomowię. Cieszę się tym powrotem na studia, choć... (...)
Jeszcze trochę choruję. Wstrętne choróbsko. Dorwało i mnie, choć mówili że złego diabli nie biorą. Wzięli. Gorączka, kaszel, katar, kichanie, dreszcze... ot... "wisur" jakiś, ale i z nim się uporam.

W ogóle, to... jest dobrze. Czasem ciężko, ale dobrze. Modlę się. Staram się spokojnie wszystko przeżywać, nie tak emocjonalnie jak wcześniej i widzę, że tak jest dużo lepiej. Godzę się też z tym, czego zmienić w swoim życiu nie mogę. Staram się nie osądzać i nie obwiniać innych...pewnie mają swoje powody i swoje racje, aby postępować w taki, a nie inny sposób.
Ostatnio dużo myślałam o różnych formach modlitwy, o przeżywaniu modlitwy, o słowach itd. i stwierdziłam, że dużo lepiej jest modlić mi się we wspólnocie. Nie musi to być modlitwa na głos. Ale kiedy klęczy kilka osób, jest mi jakoś łatwiej się modlić. Rodzi to w moim sercu potrzebę modlitwy dziękczynnej za Kościół. Ale co z tą modlitwą na osobności (biblijnie mówiąc)?
Jest. Jest trudna. Jest piękna. Mam przekonanie, że jest bardziej budująca osobistą relację z Jezusem. Potrzebna tak jak i wspólnotowa. Nie ma- mniej, czy bardziej. Potrzebna MI.
Dzisiaj Jezus pyta najbliższych swoich - uczniów, za kogo tłumy Go uważają. Uczniowie mówią zgodnie z prawdą, że jedni uważają Go za Jana Chrzcielna, inni za Eliasza, a jeszcze inni za proroka. Później pyta: za kogo wy mnie uważacie? I to pytanie jest także do nas.

Za kogo uważamy Jezusa? Te pytania skłaniają mnie do takiej refleksji dzisiaj: mogę uważać człowieka za kogoś zupełnie innego niż jest, jeśli go nie znam. Ostatnio bardzo przykro słucha mi się wypowiedzi na temat pewnej osoby Kościoła, o której źle się mówi, a ja wiem że zupełnie inną osobą jest, niż się mówi... Nie bardzo można coś w takiej sytuacji zrobić. Ale to właśnie daje mi poczucie takiej pewności - ja go/ją znam, wiem. Bóg też wie. Tłumy różnie mówiły o Chrystusie, bo wiedziały "coś tam", czyli w sumie - nic. Tak jest i teraz. Uświadamiam też sobie, żeby nie wypowiadać się na temat osób, których nie znam, które znam tylko powierzchownie. Uświadamiam sobie, że jeśli mam coś powiedzieć na czyjś temat, to musi to być p r a w d z i w e. Inne słowa o kimś są zbędne i niewłaściwe.

Modlę się dziś przez cały dzień tymi słowami psalmu:
Ześlij światłość i wierność swoją,
niech one mnie wiodą,
niech one mnie zaprowadzą na Twoją górę świętą
i do Twoich przybytków.


A w niedzielę jest wielki dzień dla kilku osób. Modlę się za te osoby, podziwiam i patrzę z nutką zazdrości...ufając, że kiedyś i dla mnie będzie taki dzień (tak własnie- tajemniczo :p ).

Dobrze sie miejcie w tym jesiennym czasie i nie chorujcie, ubierajcie się ciepło!
 pax! ;]



10 września

laj laj laj . . .

laj laj laj . . .



"ja, jestem zbyt nisko, by spadać"

08 września

weź krzyż swój

weź krzyż swój
Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem.



Uwielbiam słuchać świadectw! U w i e l b i a m, gdy człowiek mówi, o tym jak s p o t k a ł w swoim życiu J e z u s a Chrystusa, o radości spotkania z NIM, ale też o tym, że pójście za Nim wiąże się z trudnościami. Miałam już wczoraj napisać notatkę, próbowałam jakoś to Słowo zrozumieć, zobaczyć co oznacza dziś dla mnie, ale...no nie bardzo coś potrafiłam "wymyślić", i nie ma się co dziwić, bo to Słowo dociera powoli, na modlitwie, w skupieniu - niekoniecznie my musimy być skupieni na maxa, chodzi raczej o to, aby nasze serce było skupione na Bogu, o to aby nasze serce się modliło :) Nie napisałam wczoraj, nie napisałam dzisiaj przez cały dzień, dopiero teraz... Byłam na Mszy Świętej (to chyba nie jest zaskakujące :p ). W mojej parafii gościł dzisiaj kleryk naszego diecezjalnego seminarium duchownego (wyższego ;) ). Mówił świadectwo swojego powołania...ot...zwykłe świadectwo, trochę seplenił, nie bardzo wiedział jak układać kolejne zdania, ale...to świadectwo właśnie dlatego było takie niezwykłe. To było świadectwo konkretnego człowieka, który spotkał Jezusa. Nie był nazbyt wyjątkowy, szczególnie pobożny, ładny czy fajny. Był po prostu sobą - młodym chłopakiem, z jakimś tam życiorysem. I to jest takie mega, że Miłość nie przebiera, tylko powołuje nas wszystkich, właśnie takich jacy jesteśmy, właśnie stąd gdzie żyjemy, z tymi zdolnościami, zaletami i z naszymi wadami i słabościami; grzechami.
Tak bardzo chcę być Jego uczennicą. To pragnienie jest, ono się nie zmienia, ono trwa i jest jakby dojrzalsze, choć niektóre moje decyzje o tym zupełnie jakby nie świadczyły. Ale decyzja jest dojrzalsza. Na błędach się uczę i widzę, że jedynie Bóg jest w stanie mnie usatysfakcjonować. To odkrycie jest...fajne, przyjemne... Gorzej, jak przychodzi codzienność po takim "odkryciu", a w raz z nią tęsknota, cierpienie, problemy, zmartwienia. Nie noszę swojego krzyża. I tak sobie myślę, że On mówi niewiele, nieraz nic, ale dużo może, a przede wszystkim JEST i będzie. Nie opuści. Ale jest też wybór- żeby nosić swój krzyż, tylko wtedy mogę być Jego uczniem, Jego uczennicą. Trudno jest wziąć ten krzyż, ale..bez tego nie zostanę usatysfakcjonowana, nie będę w pełni szczęśliwa. Zawsze będzie niedosyt...
Wiec wezmę swój krzyż, jeszcze raz spróbuję, zacisnę zęby (albo lepiej- uśmiechnę się) i wytrzymam to wszystko co się dzieje w moim pokręconym życiu, bo On jest moim Nauczycielem, Mistrzem, Panem, BOGIEM.

Weź krzyż swój....

pax! ;]

02 września

piosenka (całkiem zła) o szczęściu

piosenka (całkiem zła) o szczęściu



"Jak się nie ma co się lubi, to nie lubi się i tego co się ma."


31 sierpnia

pomylić miłość z Miłością

pomylić miłość z Miłością
Jestem po ostatniej wakacyjnej wyprawie - do Białegostoku. Spędziłam tam dwie doby, niedużo ale za to jak. Był czas, którego długo oczekiwałam i wypatrywała, choć wiedziałam, że oprócz miłego czasu w
poczuciu bezpieczeństwa będą trudne rozmowy. I były.
Mogę przyznać, że w tym roku przeżyłam najsympatyczniejszy dzień swoich imienin w dotychczasowym swoim życiu: mecz, piwo (kulturalnie ze szklaneczki), ciasto (to nic, że mi się polewa kompletnie nie udała, bo i tak było pyszne!), wygodna kanapa i - najważniejsze - najlepsze z możliwych towarzystwo mojego przyjaciela. A następnego dnia wypad do... ZOO i do parku, i bardzo dobry obiad w MULTIBROWAR, i bardzo trudne opowieści. Dużo przeżył mój przyjaciel przez ostatni ponad miesiąc, a ja mu chyba dokładałam tylko zmartwień. Taka smutna prawda. Wieczorem przeprowadziliśmy poważną rozmowę i zdecydowaliśmy, jak będzie lepiej, co dalej... A kolejny dzień to już dzień wyjazdu, sporo zamieszania, ale ładnie się to wszystko ułożyło, zdążyliśmy zjeść pożegnalną pizzę w Paradiso i wypić pożegnalne piwko.

I cisza.
Wiem, że tak będzie lepiej, ale tak bardzo mi szkoda... Tak trudno mi zrozumieć, dlaczego znowu historia się powtarza? I zastanawiam się: ile razy jeszcze tak będzie? Podobno zawsze, kiedy będę działała tak jak działam. Nie wiem czy potrafię inaczej. Czas goi rany - tak mówią. Wierzyłam w to, ale kiedy spostrzegłam, że sprawy sprzed lat wciąż bolą stwierdzam, że to powiedzenie jednak nie jest prawdziwe. Łzy. Moje szczęście nigdy nie trwa zbyt długo. A może to nie było szczęście, tylko ta namiastka, których tak wiele w moim życiu? Można pomylić miłość z Miłością.


Jutro niedziela. Tak sobie myślę, o jutrzejszym Słowie, na którego przyjęcie próbowałam się jakoś przygotować. Zastanawiam się, co Pan chce mi powiedzieć. Myślę o swojej obecnej sytuacji i dochodzę do wniosku, że chciałam zająć pierwsze miejsce w życiu mojego przyjaciela, a przecież to pierwsze miejsce w jego życiu jest już zajęte, nawet jeśli nie zawsze o tym pamiętał, nawet jeśli wciąż o tym zapomina, to pierwsze miejsce w jego życiu nie może mi się należeć. Taki obraz daje mi do zrozumienia, że w każdej znajomości powinnam zajmować ostatnią pozycję - w takim rozumieniu nienastawiania się na wiele: na wielką przyjaźń czy miłość - bezinteresownego dawania siebie, uczciwego układania relacji, cichego bycia obok, takiego 'anielskiego' ;) Tylko poprzez takie podejście, Bóg może przebić się i obdarować mnie znajomością, jakiej pragnę w sercu. Ostatnie miejsce wbrew pozorom jest najbardziej atrakcyjne. To, że na pierwszy rzut oka tego nie widać, nie znaczy że tak nie jest. Wystarczy Mu zaufać. Chciałabym Mu zaufać, bo mam przekonanie że to jest właśnie Miłość i że od tego wszystko co dobre może się zacząć...

Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem. (Mt 11,29ab)

proszę Was o modlitwę za mnie.
pax! ;]


27 sierpnia

Monika

Monika
"I spuściłeś swą rękę z wysokości  i wyrwałeś duszę moją zgłębi mroków, gdy w mej obronie płakała
przed Tobą matka moja, wierna służebnica Twoja, i płakała więcej niż płaczą matki na pogrzebie synów. Wiarą bowiem i duchem którego miała od Ciebie, widziała śmierć moją, i wysłuchałeś, Panie, jej modlitw, wysłuchałeś i nie wzgardziłeś łzami które spływając z jej oczu zwilżały ziemię tam gdzie się modliła, wysłuchałeś jej próśb."
św. Augustyn, "Wyznania"



 św. Augustyn piszę o swojej matce 'wierna służebnica'. I rzeczywiście ta święta to WIERNA służebnica naszego Pana. Tyle lat trwała na kolanach przed Bogiem, prosząc o nawrócenie swojego syna. Ja po kilku dniach proszenia powątpiewam o skuteczności, tracę nadzieję. Nie mogę jednak zdezerterować. Tego właśnie uczę się od swojej patronki - św. Moniki - trwania przed Bogiem wiele godzin..., w zmęczeniu już, ale trwania z nadzieją, że Bóg wysłuchuje próśb.
Cierpliwości - nieustannie uczę się od św. Moniki.

św. Moniko - módl się za nami!

pax!

25 sierpnia

opadłe ręce i osłabłe kolana

opadłe ręce i osłabłe kolana
znalazłam! znalazłam! znalazłam! Pokój jednoosobowy! Będę mieszkała w tej dzielnicy, w której mieszkałam, na innym osiedlu, ale okolica ta sama, a to bardzo mnie cieszy :) Najważniejsze, że Poczekajka niedaleko... a wszystko inne się ułoży (chociaż przeżywam bardzo!) W zasadzie, to chciałabym już październik! Lubię Lublin, lubię swoje studia, lubię tamtą rzeczywistość. Przede mną jednak jeszcze trochę wakacji, więc też nie narzekam, bo czas odpoczynku to przecież czas potrzebny.A pod koniec września jeszcze dwa tygodnie praktyk...

Wczoraj wieczorem naszło mnie na obejrzenie jakiegoś filmu, czasem mnie tak nachodzi, ale wciąż rzadko (podobnie jest z książkami ostatnio). Nie miałam nic nowego, więc postanowiłam obejrzeć raz jeszcze "Spotkanie". Miałam do wyboru sporo filmów, które już widziałam, ale wybrałam ten, bo ostatnio pewna życzliwa osoba mi o nim przypomniała, pytała czy oglądałam. Obejrzałam zatem raz jeszcze i doszłam do wniosku, że co prawda film rewelacyjny nie jest (słabo zrobiony, niski poziom), ale przesłanie ma dobre (choć jak mówią- trochę bardziej protestanckie spojrzenie). Tak sobie myślę, w którą z tych postaci mogłabym się wcielić, na ile w swoim życiu oddałam się Panu Bogu, czy rzeczywiście przyjęłam Go jako mojego jedynego Pana i Zbawiciela? To są takie pytania, które ciągle w moim życiu duchowym się pojawiają, bo ciągle upadam, wybieram to co łatwe, nie zgadzam się na trudności, które się pojawiają, a przecież Bóg przychodzi w różny sposób.

I dzisiaj św. Paweł w liście mówi: Zapomnieliście o upomnieniu(...): nie lekceważ karania Pana, nie upadaj na duchu, gdy On cię doświadcza.
Osobiście nie mam problemu z tym, by uwierzyć w to, że tak to się właśnie odbywa: kogo miłuje Pan, tego karze (...). Jest spora grupa ludzi, którzy mówią, skoro Bóg jest miłością, to dlaczego dozwala na to czy na tamto... Nie. Nie mam z tym problemu. Wierzę mocno, że kogo miłuje Pan tego karze, akceptuję to i rozumiem. Analogicznie - jak rodzice obchodzą się z dziećmi (mówię o normalnych rodzicach, a nie o patologiach rodzinnych), tak Bóg obchodzi się z nami. To mądre karanie. Ale kto z nas lubi być karany? Kto z nas lubi cierpieć? Chyba nikt, albo - dla poprawności napiszę- niewielu. I to jest właśnie problemem, że mi się nie chce cierpieć, że nie chcę przyjąć doświadczeń jakie mi Bóg zaplanował. Odrzucam je. Dlaczego tak się dzieje? Dlatego, że dużo tych trudnych doświadczeń miałam w życiu i jestem zmęczona tym. Widzę z perspektywy czasu, że wiele dobra z tego trudu Bóg wyprowadził, ale chciałabym aby teraz było już tylko 'miło' (to głos Kościoła w osobie br. B. :)) Chciałabym, żeby było 'miło' dlatego, że jest właśnie to zmęczenie i pewna samotność w tym osłabieniu życiowym (więc i duchowym, bo jak człowiek zmęczony fizycznie to i duchowo od razu) a przez to zatraca się relację z Bogiem. W tym osłabieniu trudniej jest o kontakt z Bogiem, mimo że przecież On w takich sytuacjach jest jeszcze BARDZIEJ przy nas. I dzisiaj taki apel w liście św. Pawła: wyprostujcie opadłe ręce i osłabłe kolana. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie jest to pewna motywacja, aby na nowo zebrać siły, aby skorzystać z sakramentu pokuty, aby odnowić więź z Jezusem. I jakby kolejna część tego przekonywania mnie: usiłujcie wejść przez ciasne drzwi. To że jest ciężko, nie znaczy że zawsze tak będzie. Ta podróż dobiegnie końca - właściwie niedługo (nawet jeśli za kilkadziesiąt lat to i tak niedługo w porównaniu z wiecznością). I dalej co: albo Królestwo Boże, albo wieczna samotność, wieczne cierpienie, i głód Boga, którego wtedy już nie będzie możliwości zaspokojenia. Wybór należy do mnie, do Ciebie, do każdego z nas...
Będzie ciężko, ale jest On ze swoją łaską, jest Kościół który wspiera (naprawdę odczuwam ogromną pomoc Kościoła w duchowych zmaganiach), więc znajdą się i siły aby iść pod prąd, aby zgadzać się na wszystko cokolwiek On - mój Pan dla mnie przygotuje!

Chwalcie Pana, wszystkie narody,
wysławiajcie Go wszystkie ludy,
bo potężna nad wami Jego łaska,
a wierność Pana trwa na wieki.

pax! ;]
<><

21 sierpnia

Voyage 2 - relacja

Voyage 2 - relacja
Trudno powiedzieć, żeby to była podróż, ale w pewnym sensie pewnie była... :)

Od 4 do 15 sierpnia byłam na trasie Pieszej Pielgrzymki Podlaskiej na Jasną Górę, która w tym roku wyruszyła pod hasłem "Jesteście światłem świata". Tym razem nie wędrowałam pieszo, a całą trasę przemierzyłam samochodem, ponieważ byłam w służbach pielgrzymkowych.Wydaje się, że jazda samochodem na pielgrzymce i posługiwanie w służbie (w moim przypadku służbie zaopatrzenia pielgrzymki) jest łatwizną, jest błahostką i właściwie to niczym wobec trudu jakiego doświadczają piesi pielgrzymi. Otóż - też tak myślałam, dopóki nie pojechałam w służbach. Oczywiście trud pieszego pielgrzymowania jest duży, ale czy większy niż pielgrzymowanie w służbach? Na pewno jest to inny trud.

Ale zacznijmy od początku... A początki jak to zwykle bywa - są trudne. Nie znałam nikogo, poza ks.
kierownikiem. A zawieranie nowych znajomości idzie mi dosyć opornie, ale już na początku Pan Bóg okazał mi swoją łaskawość i tak to poukładał, że spokojnie poznawałam kolejne osoby, z którymi dane mi było spędzić te dni.
Każdy dzień zaczynał się Mszą Świętą, zazwyczaj w kościele, czasem na łące (na potrzeby pielgrzymki zwanej polem namiotowym). Raz bardziej przytomnie, innym razem mniej uczestniczyłam w niej obok Sióstr i Braci, którzy za chwilę mieli wyruszyć w dalszą drogę... Msza kończyła się pielgrzymkowym hymnem. Po hymnie wymarsz poszczególnych grup. Ja wraz z Krzyśkiem i Michałem po wyjściu wszystkich grup ruszaliśmy samochodem na postój, i tam czekaliśmy (zwykle do pół godziny) na spragnionych i głodnych pielgrzymów, aby móc wyjść na przeciw ich potrzebom. I tak ustawiały się kolejki do zaopatrzenia pielgrzymkowego... Różni ludzie, dzieci i osoby w naprawdę zaawansowanym wieku. Milsi i...mniej mili. Jedni idący, żeby przeżyć przygodę, inni upatrujący jedyną nadzieję na wyzdrowienie (fizyczne bądź duchowe) w pielgrzymowaniu do Matki. Podejście było różne, wiele osób miło z nami rozmawiało (to już jak te kolejki się zmniejszyły, czyli pod koniec postoju), opowiadało o swoim życiu, o swoich doświadczeniach z przeszłości, czy też o obecnych na trasie pielgrzymki. Inni przyszli do zaopatrzenia żeby się troszkę wyżyć, było mniej miło, ale jako ta, która pięć razy była pieszo na Jasnej Górze, jestem w stanie zrozumieć zmęczenie i upał jaki był w tych dniach. I tak wyglądała moja służba - z postoju na postój, w ciągu dnia kilka razy dopełnianie towaru na samochód, czyli noszenie zgrzewek z napojami i innych takich ;) Po ostatnim postoju jechałam na nocleg, ale do momentu odpoczynku to jeszcze kilka godzin... Na miejscu noclegu zwykle też był załadunek, a gdy grupy doszły na swoje pola namiotowe - jeździliśmy po polach namiotowych, żeby pielgrzymi mogli zjeść kolację i ewentualnie mieć coś na śniadanie. O 21 duchowo łączyliśmy się z Jasną Górą przez śpiew Apelu Jasnogórskiego. Ok 23-24 zasypiałam (czasem z pająkami- wtedy było lepiej, czasem ze szczurami, wtedy było ciut gorzej, ale pielgrzym wszystko przyjmuje bez marudzenia) ;)

Pielgrzym pieszy idzie. Jest przypisany do konkretnej grupy. Ma swojego przewodnika - kapłana, ma w grupie kilkudziesięciu/kilkaset sióstr i braci. W grupie pielgrzymkowej jest ustalony rytm: na pierwszym etapie zwykle pacierz i godzinki, na kolejnych różaniec, koronka do MB, konferencja, to wszystko przeplatane śpiewem i rozmowami, a także rozmyślaniem. Jeśli pielgrzym czegoś potrzebuje zwraca się do konkretnej służby: medycznej, porządkowej, technicznej, kuchni, zaopatrzenia itd.
Z pielgrzymowaniem w służbie jest zupełnie inaczej. Oprócz wspólnej Eucharystii i Apelu, samemu trzeba, a w zasadzie - powinno się zadbać o to, aby była modlitwa, aby nie zatracić pokutnego charakteru pielgrzymki. W ciągu dnia bardzo brakowało na to czasu, kiedy czekało się na pielgrzymów, to też trzeba było coś zjeść samemu, złapać oddech, bo to był nasz 'postój' - kiedy pielgrzymi byli w drodze. Trudno było sobie wygospodarować czas na modlitwę, ale dało się. Ja zwykle po przyjeździe na nocleg szłam do kościoła i w zazwyczaj pustym kościele odmawiałam różaniec a później jeśli jeszcze był czas pozostawałam w modlitwie, już takiej swoimi słowami. Na postojach udawało mi się czasem złapać książeczkę z konferencjami pielgrzymkowymi, wtedy czytałam sobie konferencję na dany dzień i próbowałam ją jakoś trawić :) Na koniec dostałam tą książeczkę ;p

14 sierpnia z samego rana, przed godziną 6.oo weszłam na Jasną Górę, razem z grupą nr 1. Przed tron Jasnogórskiej Pani wprowadził nas bp pomocniczy diecezji siedleckiej Piotr Sawczuk. Pokłoniłam się Matce,w chwili ciszy oddałam jej sprawy swoje, swojej rodziny i tych którzy mnie o to prosili. o godzinie 9.oo była uroczysta Msza Święta na wałach dla pielgrzymek: podlaskiej, łomżyńskiej, płockiej i...chyba jeszcze jakiejś, ale nie pamiętam ;)



15 sierpnia wróciłam szczęśliwie do domu.

Ten czas nauczył mnie pokory oraz cierpliwości - wobec innych, ale też wobec siebie samej, swoich słabości, zmęczenia. Dostrzegłam także bardziej swoją wartość. Patrząc na innych, doszłam do wniosku, że dobrze że jestem właśnie taka, i że cieszę się że taka jestem, cieszę się  s o b ą. To, że jestem właśnie tu i teraz i właśnie taka ma sens i jest szczegółowo zaplanowane, co więcej - to jest idealny plan.

16-19 sierpnia spędziłam w Łomży, pozytywny czas, wypełniony wierszami ks. Twardowskiego ;D

A teraz...poszukuję stancji w Lublinie, jakby ktoś, coś, to śmiało można pisać ;)

Pax! ;]
PS. Pamiętałam także o Was przed Matką! +

30 lipca

Voyage 1 - relacja

Voyage 1 - relacja
 Uff jak gorąco, puff jak gorąco ;]

Fajnie było, ale się skończyło, choć (na szczęście) nie wszystko! To co najważniejsze jeszcze trwa i ufam, że trwać będzie.
Rekolekcje zakończyły się w piątek, do Lublina wróciliśmy koło 18. Dlatego nocowałam jeszcze w Lublinie, bo nie było czym wrócić i dopiero w sobotę przyjechałam do domu.
Chcę podzielić się z Wami tym co tam się dokonywało, czego słuchałam, co przeżywałam. Poniekąd to moje przemyślenia, a poniekąd jakieś myśli z konferencji, więc już autorstwa nie mojego, ale postaram się odnosić to do swojego życia.

22 lipca

Jezus - Ogrodnik z Kalwarii Pacławskiej
Ładnie się nam to tak zaczęło, we wspomnienie św. Marii Magdaleny.
Ewangelia tego dnia głosi między innymi takie słowa: (Maria Magdalena) ujrzała stojącego Jezusa, ale nie wiedziała, że to Jezus. Rzekł do niej Jezus: Niewiasto, czemu płaczesz? Kogo szukasz? Ona zaś sądząc, że to jest ogrodnik, powiedziała do Niego: Panie, jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie Go położyłeś, a ja Go wezmę. Jezus rzekł do niej: Mario! A ona obróciwszy się powiedziała do Niego po hebrajsku: Rabbuni, to znaczy: Nauczycielu. Bardzo pocieszający i pokrzepiający jest przykład tej oto świętej. Niewiasta, która miała w sobie "siedem nieczystych duchów", czyli zasadniczo można by powiedzieć była (po ludzku) na dnie, została uwolniona od nich przez Jezusa. Prowadziła życie grzeszne, dopóki nie spotkała na swojej drodze prawdziwej Miłości- Jezusa Chrystusa. Przekonała się, że to co wcześniej było w jej życiu to była tylko imitacja miłości, na którą się skusiła, której się chwyciła w desperacji pragnąc bliskości, bezpieczeństwa, miłości. Bliska mi bardzo święta, bo w swoim życiu ja także chwytam się takich właśnie namiastek szczęścia prawdziwego, pragnąc życia pełnego miłości. Zatroskany Jezus jednak zawsze pyta co nas martwi, czym się przejmujemy, choć my go często nie rozpoznajemy, myśląc że to tylko ogrodnik, ktoś mało znaczący, ktoś z naszego "podwórka".

23 lipca 

Bohaterem tego dnia był Abraham Pan rzekł do Abrama: "Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę. Uczynię bowiem z ciebie wielki naród, będę ci błogosławił i twoje imię rozsławię: staniesz się błogosławieństwem. Będę błogosławił tym, którzy ciebie błogosławić będą, a tym, którzy tobie będą złorzeczyli, i ja będę złorzeczył Przez ciebie będą otrzymywały błogosławieństwo ludy całej ziemi". Abram udał się w drogę, jak mu Pan rozkazał, a z nim poszedł i Lot.
Abraham zostawia wszystko i idzie do kraju, który Pan mu obwieścił, że ukaże. On widzi ten kraj z punktu widzenia wiary. Po ludzku - zmysłami, absolutnie nie. Musi zostawić to co widzi sam widzi, swoją organizację życia, wejść w inną.
Wyjść - to podstawowe zadanie każdego z nas, i chyba najtrudniejsze, bo sama decyzja o zostawieniu dotychczasowego życia, dla czegoś co widzimy oczyma wiary jest niesamowicie trudna. Ale właśnie dobrze jest dokonać tego i z odwagą WYJŚĆ, bo Bóg nigdy nie zawodzi.
Na początku trzeba spojrzeć skąd mamy wyjść - zobaczyć swoje pokolenie. Przeanalizować życie swoich rodziców, ich wiarę, zobaczyć jak było u mnie w domu, jak mnie tworzyło to co działo się u mnie w domu. Nie wiem jak to się zaczęło dokładnie, ale ja się modliłam odkąd pamiętam (co chyba jest dowodem na to, że wiara jest łaską). Zwykle to była modlitwa prośby, ale ona zawsze gdzieś tam wieczorem zwykle była. W sumie nie wiem dlaczego, bo mojej rodziny klęczącej raczej nie pamiętam. Na pewno Msza Święta niedzielna i świąteczna była, spowiedź od czasu do czasu - to chyba była ich wiara, której nie śmiem oceniać i nie chcę. Później śmierć mojego taty i kryzys, który stał się wielkim błogosławieństwem dla mnie. I właściwie od wtedy zaczęłam pogłębiać swoją wiedzę religijną i moja wiara zaczęła jakoś wzrastać, no i tak rośnie, rośnie, rośnie... :) Generalnie chodzi o to, aby wyjść z tożsamości rodziców. To ma być moja tożsamość, bo jestem kimś niepowtarzalnym! I kolejne wyjście, to wyjście z subiektywizmu. Pan Bóg nas zna i przed Nim nie musimy zgrywać mega mądrych i wszechwiedzących, co dla nas najlepsze itd. Pan Bóg zawsze trafia w to, czego my najbardziej chcemy.Pozostaje kwestia przyjęcia tego, co On daje. Zaufania Mu. Wtedy człowiek poczuje n a s y c e n i e. Właśnie takie doświadczenie prowadzi nas do spotkania z Bogiem Żywym. Wiary w Boga, który jest Bogiem 'nieobecnym', zmienia się w wiarę w BOGA ŻYWEGO.
Co ciekawe - Pan przychodzi do Abrahama, kiedy ten jest najbardziej udręczony, umęczony, ale On wierzy że Bóg jest w stanie dokonać rzeczy niemożliwych. Jeżeli wypełnię wolę Bożą w swoim życiu, to nie ulęknę się zła, bo Pan będzie ze mną. Kiedy podejmie się trud (a z drugiej strony radość) pełnienia woli Bożej, to nie oznacza to skazania na cierpienie. Początkowo może tak być, że spotka nas wiele przykrości, bólu, doświadczeń trudnych, ale warto zaufać Mu, że to ma sens, bo to co zbuduje się na Bogu, o c a l a.

I bardzo dobre pytanie: czy nie jest przypadkiem tak, że Jezus jest tylko w jednym pokoju naszego serca, a wszystkie inne są zajęte przez zupełnie inne sprawy, osoby? Wprowadzić Jezusa do wszystkich pokoi swojego serca - to sprawi, że stanę się szczęśliwa! :)

24 lipca 

M A R Y J A 
Na to rzekła Maryja: Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa!(Łk 1,38a)
Bóg o c z e k u j e, żeby powiedzieć Mu T A K. Bóg nie gardzi moją historią życia, i Twoją też nie - niezależnie od tego jakie te nasze życiowe historie są. Bóg przychodzi do nas, dlatego że jesteśmy Jego. Dlatego nawet jeśli to nasze życie nie było takie jakie powinno i nie jesteśmy z niego zadowoleni to dobrze by było, abyśmy rozradowali się sobą i spojrzeli na siebie przychylnie. To bardzo ciekawe dla mnie było, gdy usłyszałam o tym, że nie zdajemy sobie sprawy jakim grzechem jest ciągłe narzekanie na swoje życie, że mogło być lepsze piękniejsze, że jesteśmy jacyś wybrakowani, nieudani, że mogliśmy być jacyś inni; fajniejsi. Maryja jest dla nas ideałem. Kiedy poszukujemy ideału, to Ona właśnie jest takim ideałem, na który dobrze by było, abyśmy się zapatrzyli. Ona jest stworzeniem, a nie Bogiem. 
Poza tym, tego dnia Jezus wyszedł z domu i usiadł nad jeziorem. Wnet zebrały się koło Niego tłumy tak wielkie, że wszedł do łodzi i usiadł, a cały lud stał na brzegu. I mówił im wiele w przypowieściach tymi słowami: Oto siewca wyszedł siać. A gdy siał niektóre [ziarna] padły na drogę, nadleciały ptaki i wydziobały je. Inne padły na miejsca skaliste, gdzie niewiele miały ziemi; i wnet powschodziły, bo gleba nie była głęboka. Lecz gdy słońce wzeszło, przypaliły się i uschły, bo nie miały korzenia. Inne znowu padły między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je. Inne w końcu padły na ziemię żyzną i plon wydały, jedno stokrotny, drugie sześćdziesięciokrotny, a inne trzydziestokrotny. Kto ma uszy, niechaj słucha!

Musimy przygotować swoją ziemię, aby przyjąć ziarno- Słowo Boże. Często w moim życiu jest tak, że właśnie pada to Słowo Boże na miejsca skaliste (w moim sercu) i ciężko jest się Mu przebić. Moje serce jest zamknięte. Nie zawsze chcę Go słuchać, bo jest wymagający. Pozwolić Bogu, by działał - to jest bardzo duży wysiłek. To jest zgoda na nieznane i wyraz bezgranicznego zaufania Bogu. Trwać przy Bogu nie jest tak trudno jak wypełnić Jego wolę, często dla nas trudną do przyjęcia.
Maryja staje się taką ziemią, która przyjmuje ziarno. Grzech psuje nam duchowy wzrost, ale Maryja jest bez grzechu. Wchodzi w 'ciemno', czuje niepewność - nie wie jak to się wszystko potoczy.

Jaką jestem ziemią? 

25 lipca

św. Franciszek z Asyżu - postać niesamowicie ważna w moim życiu, dzięki Niemu wiele zrozumiałam z żywej wiary w Boga. Jest to niewątpliwie mój ulubiony święty, mimo że to w jaki sposób często jest przedstawiany mi się bardzo nie podoba. Taki przesłodzony Franciszek, to nie jest ten którego tak bardzo ukochałam. Franciszek, którego kocham, to człowiek który ma ideały, wartości, dąży do tego by zostać kimś. Ma takie pragnienia jak każdy z nas, bo każdy z nas chce być KIMŚ. To jednak co mnie (nie wiem jak Was?) różni od Niego to 
o d w a g a, której on ma w sobie tak wiele, a ja....tak mało. Odwaga w wychodzeniu ku temu, czego chcę; pragnę. Pan Bóg stoi u naszych pragnień, właściwie nad nimi - koryguje te nasze marzenia. I okazuje się, jak z moich obserwacji wynika, że z sytuacji po ludzku przegranej Bóg potrafi wyprowadzić wiele dobra: Franciszek zamiast zdobyć i zwyciężyć, choruje i przegrywa. I w tym właśnie momencie w jego sercu rodzi się c o ś  w i ę c e j. Powoli Pan prowadzi Franciszka i powoli przygotowuje na wszystko, co ma przeżyć. Trzeba dojrzeć, wymaga to trudu i cierpliwości. Pan Bóg ma zawsze rację, a my nie zawsze. Gorące pragnienie i odwaga to jeszcze nie wszystko w wierze trzeba być cierpliwym - wobec siebie samego i wobec Pana Boga, bo Jego myślenie jest inne niż nasze. Duchowość franciszkańska właśnie taka jest - powrót do źródła, do Ewangelii; życie miłością Boga i bliźniego. Franciszek w swojej pokorze mówi: Bóg mój i wszystko! Czy ja przypadkiem nie parafrazuję tych słów mówiąc: to ja jestem bogiem i wszystko jest moje?

Całe te rekolekcje były dla mnie lekcją pokory i bezgranicznego zaufania Panu Bogu. Eucharystia - to było najważniejsze. Coraz bardziej dostrzegam jaka moc płynie z Eucharystii, jak wiele miłości przepływa przez Eucharystię. Na pewno to wszystko co zostało gdzieś wypowiedziane na konferencjach, czy w rozmowach, gdzieś tam we mnie jest i będzie przepracowywane. W pewnym momencie rekolekcji, mimo że wszyscy w "coś" się zaangażowali, ja nie. I jakoś trudno było, jakoś smutno tego wieczora, i później... Chyba zostałam niezrozumiana. To nic, mój smutek też nic, starałam się go odrzucić, bo wiem że od złego pochodzi. Mam nadzieje, że nikt się nie zgorszył moim zachowaniem, że nie sprowokowałam choćby do grzechu obmowy. Bardzo dużo dały mi rozmowy z Klaudią, naprawdę zżyłyśmy się przez ten krótki, ale wyjątkowy czas. Poza tym każdy kto tam był dał mi coś od siebie. Może nie z każdym rozmawiałam dużo, ale z każdym choć chwilę. Był też taki czas, pierwszego wieczoru kiedy siedziałam, a obok siedział Brat, który rekolekcje prowadził i... grał na gitarze. Siedzieliśmy i generalnie nie rozmawialiśmy, było słychać tylko gitarę. To było coś! W takich momentach czuję bardziej troskę Boga o mnie. Bardzo w tym momencie poczułam się kochana przez Boga. W tych trudnych kontaktach z moim rodzeństwem Bóg dał mi "Brata". Dał mi człowieka, który w sumie mógł iść gdzie indziej, ale siedział właśnie tu. Nawet łezka mi się wówczas w oku zakręciła. Piękne to było :) Czas tych rekolekcji to czas Boga ŻYWEGO. Ufam, że zostanie tak już na zawsze. Na razie - trzymam poziom i bardzo się tym cieszę :)


Dziękuję za kapłaństwo Brata Przemka, dziękuję za powołanie ss. kapucynek, nowicjuszki i postulantki też :) Dziękuję za życie każdej z uczestniczek. Dziękuję za ludzi spotkanych podczas tych rekolekcji. 
Bogu najlepszemu niech będą dzięki! Alleluja!


Voyage 2 - zapowiedź 
Wyruszam 4 sierpnia na szlak Pieszej Pielgrzymki Podlaskiej. W tym roku jednak nie pieszo, a autem, w służbie. Będę dbała o zaopatrzenie pielgrzymów, aby niczego im nie zabrakło. Cieszę się z tej służby i wierzę, że dam radę z Bożą pomocą. 
Proszę o modlitwę i jednocześnie wspieram Was nią bardzo mocno.


Pax! ;]

PS. Chwała Panu także za br. Henryka - brata zakonnego, którego w ostatnim czasie poznałam. Są ludzie z którymi rozmawia się pierwszy raz, a dogaduje się tak extra jakby znało się od lat. Właśnie tak z nim się rozmawia. Bogu dziękuję także za niego :)

20 lipca

Voyage 1 - zapowiedź

Voyage 1 - zapowiedź
Jutro wyjeżdżam do Lublina, a w poniedziałek zaczynam kilkudniowe rekolekcje w ok. Przemyśla.


Proszę o modlitwę za mnie oraz wszystkie uczestniczki, a także za prowadzących o otwartość na Ducha Świętego i siebie nawzajem, a także prostotę i szczerość; stanięcie przed Panem i przed drugim człowiekiem takimi jakimi jesteśmy NAPRAWDĘ.

Dzięki!
Pax! ;]

18 lipca

Pan jest łaskawy!

Pan jest łaskawy!
Wczoraj był dzień, który stał się dla mnie kolejną szansą na życie wieczne - dzień spowiedzi świętej. To naprawdę dzień, w którym dostaję nowe życie. Nie ma w tym żadnej przesady. Tak się czuję. Psalm z wczorajszej liturgii dnia idealnie ukazał moją modlitwę po spowiedzi świętej:

Pan jest łaskawy, pełen miłosierdzia


Błogosław, duszo moja, Pana
i wszystko, co jest we mnie, święte imię Jego.
Błogosław, duszo moja, Pana
i nie zapominaj o wszystkich Jego dobrodziejstwach.
On odpuszcza wszystkie twoje winy
i leczy wszystkie choroby.
On twoje życie ratuje od zguby,
obdarza cię łaską i zmiłowaniem.
Dzieła Pana są sprawiedliwe,
wszystkich uciśnionych ma w swojej opiece.
Drogi swoje objawił Mojżeszowi,
swoje dzieła synom Izraela. 

Radość! - z pewnością towarzyszyła mi w czasie spowiedzi świętej. Początkowo było trudno (jeszcze przed), bo już długo nie korzystałam ze spowiedzi przy kratkach konfesjonału, u nieznajomego kapłana. Odbywało się to w rozmównicy u Brata kapucyna, którego zdążyłam już trochę poznać, który już wiedział jak do mnie mówić, na jakim 'etapie' jestem, jakie mam problemy, a z czym sobie radzę świetnie. Przyszłam do siedleckiej katedry, akurat była zmiana dyżuru spowiedników i dyżur rozpoczął wyglądający na mniej więcej 100 lat kapłan (ciekawe ile miał) ;) Miałam obawy a właściwie cały szereg obaw (zarówno takich praktycznych- czy usłyszy i czy będzie mówił na tyle dyskretnie, że nie będą wszyscy wkoło słyszeli, aż po takie dotyczące nauki którą mi da - przecież on kończył seminarium ponad pół wieku temu - jak śmiem twierdzić, to były przecież inne czasy...), ale klęknęłam przed Najświętszym Sakramentem i trwałam na modlitwie za niego i za tę spowiedź, aż nadeszła moja kolej. I wymodliłam szczerą i dobrą spowiedź. Wydawać by się mogło, że taki kapłan nie jest w stanie nic zrozumieć, że to już nie ta epoka, że może i mogłabym się wiele od niego nauczyć, ale historii, że on nie rozumie tego świata, że nie zrozumie moich upadków. Okazało się, że zrozumiał idealnie to wszystko o czym mówiłam i bardzo mi współczuł, że żyję w takich czasach, w których oszukuje się ludzi, rzuca się zanętę; kolorową błyskotkę, a my naiwnie łapiemy się na nią. Na pewno każdy z Was był kiedyś przytulony - przez rodzica, przez brata siostrę, babcie, dziadka, żonę, męża, czy kogokolwiek innego i pamięta jakie uczucia towarzyszą temu aktowi. Właśnie tak czułam się klęcząc i słuchając mądrej i jednocześnie niesamowicie życiowej nauki którą otrzymałam, ciepłego głosu (który wcale nie był zbyt głośny), a to słowne dotknięcie było najbardziej czułe w momencie udzielania rozgrzeszenia.
Teraz jest kolejny etap - postanowienie poprawy, czyli tak po prostu: walka. Walka o każdy dzień trwania w łasce uświęcającej. Jak bardzo jest trudna ta walka, i że rzeczywiście to nie jest walka o miesiąc, czy nawet tydzień, ale o każdy dzień, a niejednokrotnie o każdą godzinę, wie każdy kto na poważnie tę walkę podjął, świadomie odrzucając grzech; którym przecież jest wygodne i przyjemne życie.
Trudne to zmaganie, ale chcę Panie, dla siebie, dla ratowania mojego życia i na chwałę Twoją.

Pan jest łaskawy - wierzę, że w tej walce nie jestem sama, że On uzdalnia mnie do trwania na dobrej Drodze...  (por J 14, 6).

"Ty nas wezwałeś miłosierny Panie, z ciemności grzechu do światła zbawienia"

Pax! ;]
Copyright © 2016 BożyFreestyle , Blogger