19 października

jest Ojcem, mimo że doświadcza

19 października to data bardzo dla mnie ważna i bardzo trudna. Z dwóch powodów. 

I. 
19 października 1984 r. Oczywiście - mnie wtedy jeszcze nie było na tym świecie (choć w zamyśle Bożym byłam od zawsze). Nie wiem, czy Wam mówi cokolwiek ta data (jeśli nie, to nie martwcie się, wszak każdy ma jakieś 'swoje' najważniejsze daty). Uprowadzenie i męczeńska śmierć ks. Jerzego Popiełuszki. Jest to jeden z moich ulubionych świętych/błogosławionych. Myślę sobie o kapłanach, których ja poznałam w swoim życiu. Myślę sobie też o swoim stosunku do nich, nie zawsze takim jaki być powinien. Człowiek ten jest dla mnie ważny z kilku powodów (pomijając oczywistość jaką jest ważność osoby wynikająca z faktu bycia człowiekiem). Nie bał się mówić tego co myśli i działać odważnie, nie bał się być wierny Chrystusowi w czasach dużo trudniejszych niż dzisiejsze, był kapłanem - sługą (Boga i człowieka) i to tak dosłownie: był z ludźmi i dla ludzi. Służyć Bogu, to szukać dróg do ludzkich serc. Służyć Bogu to mówić o złu jak o chorobie, którą trzeba ujawnić, aby ją móc leczyć. Służyć Bogu, to piętnować zło i wszystkie jego przejawy” (27 marca 1983). Staram się od czasu do czasu słuchać, czytać kazania tego świętego kapłana. Cóż ja Wam mogę o Nim powiedzieć? Prawie nic. Od siebie chyba tylko tyle, że jest bardzo skuteczny (modlę się m.in za Jego wstawiennictwem) :) Ale z wywiadu z ks. Marcinem Wójtowiczem - kolegą błogosławionego kapłana przytoczę fragment, może i Was zachwyci błogosławiony ks. Jerzy Popiełuszko.

Jerzy nie był żadną gwiazdą. Był autentyczny, nie miał w sobie takiej zwykłej człowieczej próżności, chęci zaimponowania, pokazania się na pierwszym planie. W jego przypadku to nie wchodziło w grę. On unikał salonów, źle się tam czuł, splendory, bankiety nie pociągały go.

Doskonale pamiętam pierwszą Wigilię w stanie wojennym – siedzimy wspólnie przy wieczerzy, przy stole kilkadziesiąt osób, w tym duża grupa emerytów, składamy sobie życzenia i nagle Jerzy znika nam z oczu. Okazało się, że poszedł na rogatki do żołnierzy, którzy stali przy koksownikach i łamał się tam z nimi opłatkami. Nikomu z nas coś takiego nawet nie przyszłoby do głowy, a on to już czuł. Prawdziwy charyzmatyk…
Podobna historia: obserwujemy charakterystyczny samochód tajniaków pilnujących księdza Popiełuszki, stojący pod kościołem. A Jerzy mówi: słuchajcie, zanieśmy im gorącą kawę, bo marzną już tyle godzin. To było właśnie w jego stylu.

 II.
19 października 2007 r. to data śmierci Martyny. Martyna zmarła mając 16 lat. Miała guza kości biodrowej. Nowotwór. Przez ponad 100 dni była pod opieką WHD. Była koleżanką, jakich wiele... Choroba zmienia. Myślę, że jesteśmy tego wszyscy świadomi, ale często ludzie odwracają się od Boga, buntują się, rozpaczają, kierują swoją uwagę na siebie. Martyna zupełnie odwrotnie. Zbliżyła się bardzo do Pana Boga. Wieczorami odmawiała różaniec, mówiła że przynosi jej to ulgę. Swojego kapelana poprosiła o sakrament bierzmowania, który przyjęła niedługo przed śmiercią z rąk bp Henryka Tomasika w swoim pokoju, wybrała sobie za patronkę Marię - dlatego, że to imię Matki Bożej, ale też dlatego że to imię jej ziemskiej matki. Sytuacja w domu...bardzo trudno, aż przykro jest o tym mówić, więc mówić o tym nie będę. Pamiętam dzień jej pogrzebu. Pamiętam białą trumnę. Pamiętam kapelana - ks. Rafała, który odprawiał w białym ornacie, ponieważ mówił że jest pewny, że Martyna raduje się już życiem blisko Boga, że jest w niebie. Za każdym razem gdy wchodzę na cmentarz parafialny widzę jej grób. Odmawiam krótką modlitwę w myślach. I tak się zastanawiam... czy czegoś nauczyła nas ta śmierć? Powinna. 
W dzisiejszej Ewangelii Jezus mówi: Kto się przyzna do Mnie wobec ludzi, przyzna się i Syn Człowieczy do niego wobec aniołów Bożych; a kto się Mnie wyprze wobec ludzi, tego wyprę się i Ja wobec aniołów Bożych.
Myślę, że Jezus Chrystus przyznał się do Martyny wobec aniołów Bożych. Wierzę, że jest ona szczęśliwa. 
Pamiętam o niej w swojej modlitwie i Was też proszę - pomódlcie się czasem za nią. 

A z bieżących spraw, to przyjechała do mnie moja zapracowana siostra, więc ruszaaaamy na miacho! Lublin w ten weekend jest nasz! :) W poniedziałek natomiast (zaraz po kartkóweczce z angielskiego) idę do Jezusa po miłosierdzie, czyli będzie spowiedź. Ufam, że spowiednik będzie dobrym narzędziem w rękach Pana, choć jak pisała św. Faustyna: spowiednik wiele może duszy dopomóc, ale i wiele może zepsuć ;)

Na koniec tej "trudnej' notatki chcę Wam przypomnieć, że Bóg jest Ojcem, mimo że doświadcza.
JEST OJCEM. Dlatego nasze życie, jeśli będziemy trzymać się Boga, zakończy się happyend'em.
Nie jest łatwo z tą jesienną aurą, ale bądźcie dzielni!

pax! ;]



1 komentarz:

  1. Trudne jest życie, ale jednocześnie piękne i barwne, dlatego róbmy wszystko, aby je dobrze przeżyć, na chwałę Bożą!

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 BożyFreestyle , Blogger