23 sierpnia

z drogi na Jasną Górę

Pokonałam właśnie pokusę napisania notatki w punktach. Zbyt wiele ich u mnie, a wcale nie podoba mi się taki styl, choć jest wygodny.
Przed kilkoma dniami wróciłam ze szlaku Pieszej Pielgrzymki Podlaskiej na Jasną Górę. Informowałam o powrocie na mojej fejsbukowej stronie BożyFreeStyle (gdzie lada chwila będzie 200 polubień! Dziękuję! :) ).

Poniekąd czuję się jak obserwatorka całej pielgrzymki. Niewiele miałam w tym roku wspólnego z pieszym pielgrzymowaniem, ponieważ całą drogę jechałam autem - taki rodzaj służby. Moje uczestnictwo w pielgrzymce bardzo różniło się od pielgrzymowania tych, którzy kroczyli pieszo. Nie miałam możliwości wysłuchania pielgrzymkowych konferencji, modlitwy w drodze, doświadczenia wspólnoty. Z pewnością do podobieństw mogę zaliczyć trud. Zarówno piesze kroczenie jak i służba na pielgrzymce wiąże się z ogromnym wysiłkiem. Oczywiście- upały, które trwały przez całe dwa tygodnie, topiący się asfalt i zwiększająca się liczba kilometrów "w nogach" dużo bardziej doskwierały tym, którzy szli. Natomiast ból rąk, kręgosłupa, pośpiech i "ciężka" atmosfera to mój trud pielgrzymowania na Jasną Górę. Nie chcę skupiać się na tym co było trudne, choć chcę wyraźnie zaznaczyć, że spośród moich wszystkich siedmiu pielgrzymek (5 przeszłam pieszo) ta siódma - tegoroczna - była dla mnie najcięższa, momentami "nie do zniesienia".
Myślę, że na samym początku warto wspomnieć o haśle tegorocznej pielgrzymki: "Bądźcie sobie wzajemnie poddani", bo zasługuje na to, aby je powtarzać. Szczególnie, że czasy niejako hołdują egoizmowi. Hasło nawiązujące przede wszystkim do relacji w rodzinie, z której każdy z nas wyszedł i do której założenia większość z nas jest powołana. Bardzo ważny temat w dobie zaprzeczania istnienia miłości (poprzez wzrastającą liczbę rozwodów, in vitro, aborcję, eutanazję). Kiedy kilka miesięcy przed rozpoczęciem pielgrzymki dowiedziałam się jakie będzie hasło naprawdę bardzo się ucieszyłam. Może wynika to z faktu, że sama chcę o tym słuchać, a dalej- głosić innym, w swoim środowisku. Mimo że nie pielgrzymowałam z żadną konkretną grupą, to doświadczałam bardzo dobrych słów, gestów, uśmiechu wielu - przecież studzonych - pątników, a także kilku mocno rozwijających rozmów. Moje życie wzbogaciło się o nowe znajomości, a niektóre z więzi już istniejących wcześniej zostały zacieśnione. Poniosłam też straty - niektórymi znajomościami bardzo się rozczarowałam, inne się zwyczajnie zakończyły. Na samym początku mojego pielgrzymowania zakończyłam też odmawianie Nowenny Pompejańskiej, o której więcej napiszę innym razem. Tym, co mnie bardzo cieszyło była codzienna poranna Eucharystia i wieczorny apel jasnogórski. Skoro świt, można było spotkać się z Bogiem w Słowie, ale też przyjąć Go do serca. Myślę, że dzięki tej Jego Boskiej Obecności we mnie byłam spokojniejsza, mogłam powstrzymać się od zbędnych słów, osądów, od uzewnętrzniania swojego zmęczenia w raniącym inne osoby zachowaniu. Wieczorny apel traktowałam jak spotkanie z Przyjacielem, u którego można się zatrzymać, który wysłucha, poradzi co dalej, przytuli i otrze łzy. Spotkanie z Przyjacielem, przed którym nie trzeba udawać, że jest lekko i przyjemnie. Pewne sytuacje pielgrzymkowe albo z pielgrzymką związane nauczyły mnie tego, że mimo najszczerszych chęci czynienia dobra; mimo dobrych intencji; mimo uczciwości można zostać zrozumianym zupełnie odwrotnie i czasem trzeba się z tym najzwyczajniej pogodzić, co z pokorą staram się czynić.
O pielgrzymce różnie się mówi. Jedni się nią zachwycają i wzruszają, inni krytykują ją. Myślę, że dobre słowa przeważają i zdecydowanie piesze pielgrzymowanie może być uświęcaniem się, ale te słowa, które stawiają pielgrzymowanie w złym świetle nierzadko też są prawdziwe. Można wykorzystać ten czas pielgrzymowania aby przybliżać się do Boga, ale można też uczynić z tego pewnego rodzaju przygodę, niewiele mającą wspólnego z życiem wg Ewangelii, a będącą raczej sprzeciwianiem się Jej.
Cokolwiek by się nie mówiło, kiedy przychodzi moment stanięcia twarzą w twarz z Matką w głowie każdego odżywają intencję, serce każdego zostaje poruszone, nie zawsze może pozytywnie. Czasem może być to poruszenie buntu, pretensji. Ale to jest właśnie Kościół, który kocham - Kościół, który szuka ukojenia, utulenia, ratunku, wysłuchania u Matki. Wierzę w ten Kościół - w tych wszystkich świeckich, te wszystkie rodziny, w te siostry zakonne, braci zakonnych, w tych kapłanów. Wierzę w ten Kościół, który jest tak słaby, że prosi, a jednocześnie tak mocny, że potrafiący się przyznać do słabości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 BożyFreestyle , Blogger